- Byłbym ci wdzięczny. Ale przedtem idź po dziecko...

- Mówiłam ci, panie, że śpi.

 - To bez znaczenia. Przy okazji poproś panią Bertę i mistrza Hugueta, aby tutaj przyszli... - zwrócił się do starego księdza: - Czego potrzebujesz, by udzielić chrztu, ojcze?

- Chcesz...? Zresztą, czemu nie? Potrzebuję czystej wody, soli, białego płótna, rodziców chrzestnych...

- Ja będę ojcem chrzestnym, a donna Leonarda matką. .. jeśli się zgodzi.

Jej niebieskie oczy zapłonęły za szkłami okularów.

- Już idę. Później pójdę po Żanetę...    

W kilka chwil potem mała dziewczynka, jeszcze niedawno skazana na hańbę i śmierć, otrzymała chrzest z rąk Antoniego Charrueta oraz imiona Fiora Maria, i zamiast córką nieznanych rodziców stawała się przybraną córką Francesca Marii Beltramiego. Ojcem chrzestnym był tenże Beltrami, a matką chrzestną Leonarda Mercet.

Świadek otworzył z tej okazji jedną z butelek najlepszego wina z Beaune. Zdziwił się rychłym wyjazdem krewnej swojej żony, choć nie odczuwał z tego powodu przesadnego smutku. Pani Berta natomiast uroniła kilka łez, pomyślała jednak, że jeśli jej kuzynka miała zamiar zwariować, to lepiej będzie, gdy się to stanie z dala od jej gospody, zawsze cieszącej się nieposzlakowaną opinią. Małżonkowie uznali za dziwne wielkie zamieszanie, czynione wokół dziecka znalezionego na ulicy, ale strzegli się, by tego nie okazywać, zgodnie z nienaruszalną zasadą każdego dobrego kupca, stanowiącą, że klient ma zawsze rację. Szczególnie klient tak bogaty jak florentczyk.

 Nazajutrz o świcie nieco sfatygowaną, ale jeszcze dobrze się prezentującą lektykę, o którą mistrz Huguet zażarcie pertraktował w nocy ze swym krewnym, kanonikiem z Saint-Benigne, pani Berta wymościła mnóstwem poduszek. Pojazd pomieścił małą Fiorę, jej matkę chrzestną i mamkę Żanetę - młodą Burgundkę o okrągłej twarzy i pulchnym ciele, krągłych piersiach i oczach zaokrąglonych ze zdumienia, spowodowanego raptownym przejściem od życia w nędzy do nieoczekiwanego dobrobytu. Lektyka była niesiona przez silne muły. Francesco Beltrami i Marino, uzbrojeni po zęby, eskortowali pojazd, którego brązowe zasłonki zaciągnięto zaraz po wyjeździe z podwórza gospody. Skierowali się do Bramy Ouche, gdy tymczasem słudzy florentczyka, z ładunkiem cienkich płócien, zmierzali do Bramy Wilhelma, za którą otwierała się droga do Paryża.

Gdy lektyka przemierzała Morimont, Francesco odwrócił oczy od odartego z czarnego płótna szafotu, na którym wciąż wznosiły się krzyż, koło i szubienica, przypominające o torturach. Plac ten na zawsze wrył się w jego pamięć, stanowiąc żałobne tło dla pewnej samotnej twarzy, której każdy rys nieubłagana miłość zapisała w sekretnej głębi jego serca. Z jakimś spokojem w duszy spojrzał po raz ostatni na pole ściekowe, gdzie spoczęła Maria i jej brat. Przed wschodem słońca bowiem Francesco zastukał do drzwi kata i dał temu staremu, surowemu mężczyźnie trochę złota, aby ciemną nocą wydostał wyklętych kochanków z ich hańbiącego grobu i pochował zwłoki w poświęconej ziemi, w miejscu wskazanym przez ojca Charrueta.

 Wstało zimowe, czerwone słońce, zalewając ośnieżony pejzaż purpurowym światłem. Stojąc obok zwodzonego mostu przy Bramie Ouche, stary ksiądz patrzył na oddalający się drogą do Beaune niewielki orszak i na szlachetnego mężczyznę, który dał tak wspaniały przykład człowieczeństwa. Unosząc ramię nakreślił w zimnym powietrzu znak błogosławieństwa i wrócił do miasta. Po spełnieniu wraz z katem Arny Signartem ostatniego rozkazu florentczyka powrócił do Brevailles, aby w tajemnicy nieść ukojenie zbolałej matce, na co jego prosta dusza z góry się radowała. Wszedł do pierwszego napotkanego kościoła i pogrążył się w długiej modlitwie, aby podziękować miłosiernemu Bogu, że zezwolił, by Francesco Beltrami wkroczył do Dijon w chwili, gdy Maria de Brevailles zmierzała ku śmierci. Przynajmniej dziecko, urodzone w tak straszliwych okolicznościach zostało uwolnione od okrucieństwa ludzi i uzyskało szansę, by żyć szczęśliwie.

Ani przez chwilę stary człowiek nie miał ochoty sprawdzić, co stało się z panem Regnaultem du Hamelem. Jego los również był w ręku Boga, a kara - wymierzona przez florenckiego kupca - w pełni zasłużona.

Dopiero nazajutrz jakiś wieśniak, przechodzący w pobliżu starego schroniska, usłyszał jęki i odkrył doradcę kanclerza na pół martwego z zimna. Lektyka z małą Fiorą spoczywającą na łonie Leonardy, rozpromienionej po raz pierwszy w życiu, przebyła już wówczas spory kawałek drogi...

CZĘŚĆ PIERWSZA

ZA JEDNĄ NOC MIŁOŚCI...

FLORENCJA 1475

ROZDZIAŁ PIERWSZY

GIOSTRA

- Nie ta! Ani tamta! A tym bardziej nie ta! Już ze dwadzieścia razy widziano mnie w niej na zabawach. Och, nie! Nie to stare szkaradzieństwo: dodaje mi ze sto lat! W tamtej za to wyglądam jak dziecko! Szukaj dalej!...

 Stojąc na środku sypialni, w koszuli, boso, z masą czarnych włosów luźno spływających na plecy, Fiora ujęła się pod boki i miotając oczami błyskawice robiła przegląd sukien, które Khatoun, młoda tatarska niewolnica, niedbałym ruchem wyciągała jedną po drugiej z wielkich, malowanych i złoconych, cedrowych skrzyń.

Tęczowe satyny, różowe, błękitne, białe, czarne czy brązowe aksamity, haftowane muśliny, szeleszczące tafty i mieniące się różnymi kolorami brokaty, krótko mówiąc wszystko co kunszt producentów florenckich jedwabi i materii orientalnych mógł zaoferować dla dodania zalotności i uroku ładnej kobiecie, wypełniało pokój. Suknie wyfruwały z cassoni, zakreślały w powietrzu łuk, spływając u stóp Fiory tworzyły na tle wielkiego perskiego dywanu kolorowy i mieniący się kobierzec, którego powierzchnia rosła z każdą chwilą, nie rozchmurzając czoła dziewczyny.

Nadeszła chwila, gdy Khatoun, zanurzywszy się aż do pasa w czeluściach kufra, wydobyła z niego ostatni welon, i opadła na poduszkę, skąd z rozdzierającym westchnieniem obwieściła bezsilnie:

- To wszystko, pani. Nic więcej nie ma. Fiora spojrzała z niedowierzaniem.

- Jesteś pewna?

- Sprawdź sama, jeśli mi nie wierzysz.

- A więc to wszystko, co posiadam?

- Wydaje mi się, że to i tak dużo. Na pewno są księżniczki, które nie mają tylu strojów...

- Simonetta Vespucci ma ich więcej niż ja. Przy każdym publicznym pojawieniu się wkłada nową suknię. Co prawda, jest podziwiana przez całą Florencję i bez przerwy dostaje podarunki...

 Czując jak łzy gniewu napływają jej do oczu, Fiora odwróciła się na pięcie i przygnębiona oparła się na łokciach w uroczym oknie, z którego rozpościerał się widok na spokojny brzeg rzeki Arno, lśniącej w jasnym styczniowym słońcu. Nie odwracając głowy poleciła:

- Schowaj wszystkie te szmaty! Nigdzie nie pójdę.

- Nie chcesz iść na turniej? - jęknęła zawiedziona Khatoun, która wszędzie towarzyszyła Fiorze, i cieszyła się na myśl o ujrzeniu rycerskiego festynu.

- Ani na turniej, ani nigdzie indziej. Zostaję tutaj.

- Mam nadzieję, że jednak się ubierzesz, pani? Co to za zwyczaj, by wystawać w oknie w koszuli. Chcesz się przeziębić czy też pragniesz, aby zobaczyli się marynarze na rzece?

Pani Leonarda wkroczyła do pokoju niosąc na tacy ciepłe mleko i kanapki z miodem. Siedemnaście lat, które upłynęły od dramatycznego wyjazdu z Dijon, w niczym nie zmieniły kuzynki Berty Huguet. Złagodniała nieco jedynie, a dzięki dostatniemu i wygodnemu życiu w pałacu pana Beltramiego kształty jej stały się bardziej opływowe, a rysy mniej ostre. Jednakże jej głos zachował twardy, rozkazujący ton, nawet, a może przede wszystkim, gdy zwracała się do Fiory, którą uwielbiała, lecz której niczego nie puszczała płazem.

 Po morskiej podróży, w czasie której sto razy zdawało się jej, że wyzionie ducha, Leonarda odkryła Florencję, rozciągającą się w słońcu wśród łagodnych wzgórz i poczuła zachwyt, nie opuszczający jej po tylu latach. Miasto Czerwonej Lilii kipiało życiem i kolorami, i Leonarda uznała je za swoje, równie spontanicznie jak wtedy, gdy wstąpiła na służbę do Francesca Beltramiego, którego ciepło i szlachetność całkiem ją zawojowały. Spodobała jej się surowa elegancja jego pałacu na brzegu Arno, ale później poznawane sprawy nieustannie budziły jej zdumienie. Dowiedziała się, że skala wartości uznana w Burgundii i we Francji nie miała zastosowania w dużym mieście handlowym, w którym umiejętności zwane najwyższymi sztukami: calimala, sukiennictwo, jedwabnictwo i bankowość, zajmowały najwyższą pozycję. Szlachta, tak dominująca w świecie, tu liczyła się tylko na tyle, że przyznano jej „przywilej" uprawiania handlu. Florencja była republiką, a w każdym razie się za nią uważała, chociaż zgadzała się słuchać rozkazów niekoronowanej królowej - dynastii możnych i bogatych bankierów, pozbawionych jednak najmniejszej kropli arystokratycznej krwi - Medyceuszy. Leonarda odkryła też z przyjemnością, że jej nowy pan należał do śmietanki tego miasta. Miał wszelkie szanse na pełnienie funkcji członka rady czy nawet burmistrza po ukończeniu czterdziestu pięciu lat.

W domu pana Beltramiego nowo przybyła została dobrze przyjęta, tym bardziej że niewiarygodnie szybko przyswoiła sobie dialekt toskański. Naukę języka postawiła sobie za punkt honoru, gdyż fakt mówienia dwoma językami, a nawet trzema, jeśli brać pod uwagę kościelną łacinę, wydawał jej się oznaką godności i intelektu.

 Jednakże do Fiory, którą się z początku wyłącznie ona opiekowała, starała się mówić tylko po francusku, zresztą za zgodą Beltramiego, aby dziewczynka zachowała chociaż ten ślad swego pochodzenia. Pozwoliło jej to również uniknąć zwracania się do niej w przyjęty we Florencji poufały sposób, gdyż dziewczynka, która dla wszystkich była Fiorą Belframi, „naturalną córką Francesco i pewnej damy ze szlacheckiego rodu, zmarłej w połogu", dla niej została dzieckiem Jana i Marii de Brevailles, wywodzącym się z burgundzkiej szlachty. Fiora nauczyła się z jednakową łatwością obu języków, a oprócz nich nawet łaciny i greki.

Pięć lat po przybyciu Leonardy stara guwernantka Fran-cesca, imieniem Nanina, zasnęła w Panu, i Burgundka przejęła jej obowiązki. Odtąd niepodzielnie rządziła licznymi rezydencjami kupca, ku obopólnemu zadowoleniu. Jedynie Marino Betti, dawny dowódca poganiaczy mułów, który został intendentem jednej z posiadłości, nie podlegał jej władzy, ku uldze Leonardy, wyczuwającej w nim jeśli nie wroga to przynajmniej przeciwnika. Tylko on, poza jego panem i guwernantką, znał pochodzenie Fiory, której nigdy całkowicie nie zaakceptował. Dlatego też Belframi uznał za stosowne związać mu język uroczystą przysięgą, złożoną przed pierwszym napotkanym w drodze ołtarzem Najświętszej Panny i dorzucić do tego kilka równie przekonujących argumentów finansowych.

Jeśli chodzi o Żanetę, to swą świeżością i jasnymi włosami podbiła pewnego gospodarza z Mugello. Została szczęśliwą panią Crespi i od tamtej pory karmiła tylko własne dzieci, którymi regularnie, rok po roku, obdarzała swego męża.

 Mieszkańcy Florencji nie bez zdziwienia dowiedzieli się o nagłym ojcostwie jednego z najbogatszych w mieście kawalerów, ale uważając się za spadkobierców myśli i filozofii greckiej, nie przykładali zbytniej wagi do chrześcijańskiej moralności i nie uważali nieprawego pochodzenia za ukrytą wadę towaru, zwłaszcza jeśli był piękny. Dziewczynka szybko okazała się urodziwa i liczni przyjaciele jej przybranego ojca przyjęli ją z otwartym sercem. Gorzej było z kobietami, szczególnie mającymi córki na wydaniu. Wiele z nich żywiło jednak nadzieję na doprowadzenie Beltra-miego do ołtarza, głosząc, że dziewczynka koniecznie powinna mieć matkę.

Francesco był głuchy na te perswazje, ale nie aż tak, by najbardziej uparte straciły nadzieję. Miał jednak mały klan zaciekłych przeciwników, którego tajemnym przywódcą byłajego cioteczna siostra Hieronima, poprzez małżeństwo związana ze szlacheckim rodem Pazzich. Jej racje były oczywiste: gdyby Beltrami się nie ożenił i nie miał dzieci, ona i jej syn Piętro byliby jego jedynymi spadkobiercami, a spadek nie byłby z rodzaju tych, z których się bez trudu rezygnuje.

Beltrami nie dał się oszukać jej pozorną przychylnością, a jej stanami duszy wcale się nie przejmował. W miarę upływu lat nabierał przekonania, że mała Fiora jest rzeczywiście jego córką. Nie zapominał o miłości, którą tamtego straszliwego zimowego ranka obdarzył pewną młodą nieznajomą o niezwykłej urodzie, lecz przenosił tę miłość na dziewczynkę, znajdując głęboką radość w obserwowaniu jak rośnie i rozkwita w gniazdku, które jej ofiarował. Szczęśliwy, oczekiwał dnia, gdy Bóg, przeprowadzając go „na drugą stronę lustra", pozwoli mu połączyć się z ukochaną...