Potem oddzwoniła Renka i posiedziała, że jestem nienormalna, żeby koty w taką pogodę zastawiać na dworze, i że siedzą na parapecie w kuchni, i że nie mam serca, i że ludzie, którzy nie lubią zwierząt, nie powinni ich mieć, i że w domu nikogo nie ma.

Umierałam.

O czwartej trzydzieści w sali konferencyjnej atmosfera była napięta i właśnie miałam zabrać głos w sprawie ewentualnego poszerzenia rubryki z odpowiedziami na listy i komentowania tekstu przez psychologa, pod kątem socjologicznego zjawiska zagubienia i frustracji w dzisiejszym świecie i szerokiego zakresu pomocy, którą oferuje nasze pismo, kiedy weszła sekretarka Naczelnego i powiedziała, że dzwonią do mnie z policji w Pruszkowie.

Cała redakcja spojrzała na mnie, jakbym należała całe życie do mafii. Nogi ugięły się pode mną, krew mi odpłynęła z twarzy, poderwałaś się jak oparzona i wybiegłam, nie zwracając uwagi na Naczelnego oraz Kochasza.

Te ćwierć minuty, które zajęła mi droga do telefonu, postarzyły mnie o dwadzieścia, a może trzydzieści lat. A potem usłyszałam w słuchawce głos mojego Nieletniego Siostrzeńca:

Ciociu, przyjedź tu po mnie…

Mój siostrzeniec jest aresztowany – powiedziałam tylko, wsadzając głowę z powrotem do sali konferencyjnej. – Muszę iść.

Naczelny osłupiał, a ja wybiegłam w ponure popołudnie, które właściwie było już nocą. Na policję w Pruszkowie przyjechałam po godzinie. Mój Nieletni Siostrzeniec miał bardzo niewyraźną minę, ale wyraźnie uradował się na mój widok. Razem z nim w pokoju, dość przytulnym, siedział Areczek, znany mi skądinąd, oraz dwie dziewczynki z klasy Piotrka. Wszyscy podnieśli głowę na mój widok.

– Za jazdę bez ważnego biletu następuje kara. Czy to pani dzieci?

– Broń Boże – żachnęłam się. – Żadne nie jest moje. Nawet to – pokazałam palcem na Nieletniego, który się skulił. – Jestem ciotka.

– Po zatrzymanego nieletniego winni się zgłosić rodzice, jeśli zatrzymany nie dysponuje dokumentem potwierdzającym tożsamość.

– Rodzice są w Austrii – powiedziałam pokornie – on jest pod moją opieką.

– 1 nawet nie wie, jak ma na imię jego matka? – Agnieszka – powiedziałam szybko, a potem sobie przypomniałam, że Agnieszka na pierwsze imię ma Jadwiga, i nigdy w życiu imienia Jadwiga nie używa. – Albo Jadwiga.

– To samo im powiedziałem ciociu, ale już mi nie wierzą!

– Proszę pani – człowiek w mundurze spojrzał na mnie uważnie i poprosił mnie gestem do sąsiedniego pokoju – proszę pozwolić za mną.

Uśmiechnęłam się pocieszająco do Nieletniego i wyszłam za policjantem.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie.

– Jechali bez biletu. Pani rzekomo jest ciotką, a nie wie pani, jak się nazywa pani siostra, tak?

. – Kuzynka – sprostowałam.

– Mogę zobaczyć pani dowód osobisty? Pogrzebałam w torebce i podałam dowód. Oglądał uważnie, a potem mi oddał. Widocznie uwierzył, że ja to ja, bo potarł dłońmi czoło i powiedział:

– Całą czwórkę przyprowadził kontroler. Jechali bez biletu. Byli bez legitymacji. Pani siostrzeniec nie mógł sobie przypomnieć, jak ma na imię jego matka. Jego kolega nie mógł sobie przypomnieć, gdzie mieszka. Ich koleżanka powiedziała, że nie wie, jak ma na nazwisko. Druga koleżanka powiedziała, że nie wie, kto jest jej ojcem. To zakrawało na kpiny. Pani siostrzeniec podał miejsce urodzenia Trypolis, Libia. Jego kolega podał miejsce urodzenia Zliten. Musiałem zatrzymać całą czwórkę i musimy wyciągać konsekwencje z takich zachowań. My tu za ciężko pracujemy, proszę pani.

– Ależ proszę pana – ucieszyłam się, że mogę być pomocna – on naprawdę urodził się w Libii. Mój szwagier był tam na kontrakcie! Z tym, że Agnieszka od razu po porodzie wróciła do Polski! To nie jest kraj dla kobiet! I Arek też urodził się w Libii, z tym że w szpitalu w Zliten! A obie rodziny poznały się w Libii, z tym że ojciec Arka był na kontrakcie prywatnym, a Piotrka z ramienia ONZ. A Agnieszka tak strasznie nie lubi swojego prawdziwego imienia, że używa drugiego, to biedne dziecko nie wiedziało, co powiedzieć! Z tym, że chłopcy mają obywatelsko polskie, na pewno polskie – dodałam na wszelki wypadek i byłam z siebie bardzo zadowolona, że wszystko wyjaśniłam.

Oparłam się o krzesło i rzuciłam okiem na maszynę do pisania. Jak to miło spotkać się w miejscu, gdzie są jeszcze maszyny do pisania, a nie bezduszne komputery.

– A dlaczego ten jego kolega nie wie, gdzie mieszka? – Policjant patrzył na mnie podejrzliwie. – My tu nie jesteśmy nastawieni na żarciki.

– Wiem! – Dziękować Bogu, wiedziałam od Agnieszki coś niecoś o rodzinie Arka. – Oni się niedawno przeprowadzili z Warszawy, od teściów. Więc mały nie wie, czy jest zameldowany już w nowym domu, czy jeszcze w Warszawie!

A dziewczynki?

Dziewczynek nie znam – zastrzegłam. – Ale przecież się zdarza, że ktoś nie wie, kto jest ojcem. Może ja z nimi porozmawiam?

– Niech pani próbuje – powiedział policjant, patrząc na mnie jak na wariatkę. Nic dziwnego, pojmowałam w lot to, co jemu się w głowie nie mieściło.

Przeszliśmy z powrotem do pokoju, w którym grzecznie czekały dzieci. Ale ja już nie byłam potrzebna. Dwie kobiety przytulały do piersi dwie dziewczynki.

Jesteście bez serca! – mówiła podniesionym tonem jedna z kobiet. – Przecież dziecko tłumaczy wszystko!

Do dokumentów potrzebne jest imię ojca – upierał się policjant.

Ale mówię panu, że proces adopcyjny jest w toku! Były mąż został pozbawiony praw rodzicielskich, a mój mąż właśnie adoptuje córkę! To które imię i nazwisko mam podać?

Policjant bezradnie rozłożył ręce.

– Które pani uważa. A pani córka? Dlaczego nam powiedziała, że nie wie, jak się pani nazywa?

– Gruszeńko – rasowa kobieta przytulała dziewczynkę do piersi – nie pamiętasz? Ja noszę teraz nazwisko wujka Adriana! Przecież mówiłam ci o tym. A ty nosisz nazwisko tatusia. A ja zrezygnowałam po ślubie z wujkiem z poprzedniego nazwiska, ale już nie mogłam wrócić do nazwiska tatusia, nie pamiętasz? Rozmawiałyśmy o tym.

Policjant patrzył na nas z niesmakiem. Nie zazdrościłam mu. O tempora, o mores! Zapakowałam Nieletniego do świeżo naprawionego samochodu i wolno jechałam do domu. Nieletni milczał.

– Ciociu, przepraszam… nie chciałem. Powinien dodać „samo tak wyszło”. To zupełnie jak deja vu. Mała Tosia.

Dlaczego nie miałeś biletu? Przecież dałam ci pieniądze – jęknęłam pełna poczucia winy, bo przecież po to został u mnie, żeby być zaopiekowany, a oto, jak mi odpłacił za zaufanie.

Bo już była kolejka i nie zdążyłem. I jak chciałem kupić u tego motorniczego, to było za późno, bo kanar już nas złapał. A Arek nie miał legitymacji, ani Agatka, ani Zosia, to ja nie chciałem być gorszy… i też powiedziałem, że nie mam. Ale nie wiedziałem, że on mnie zabierze na posterunek! I było już za późno!

Milczałam. Byłam wykończona. Dochodziła siódma, w pracy miałam przechlapane, czułam, że mi słabo i muszę natychmiast albo runąć do łóżka, albo walnąć jakiegoś drinka, albo wziąć środki uspokajające i iść spać, a najlepiej wszystko razem. – Nie gniewaj się, ciociu, co? Milczałam. Wjechaliśmy, Piotrek, kuśtykając, otworzył bramę. Wpuściłam koty do domu, były obrażone. Siadłam w kuchni, nie zdejmując kurtki. Borys podszedł do mnie i podbił mi rękę swoją siwiejącą mordką.

– To co, ciociu, nie powiesz rodzicom?

– Nieletni jak skazaniec stał na progu i patrzył na mnie jak zarzynane cielę.

– Nie powiem – jęknęłam, widząc w myślach minę Agnieszki, która dowiaduje się, jaka była moja opieka i w jaki sposób jej biedne dziecko wylądowało na policji.

On też nie powiedział.

Raz na wozie, raz pod wozem

Tosia z Isią prawie nie wy chodzą z pokoju na górze. Poczuły, że maj będzie jednak w tym roku, a nie za cztery lata. Moja Mama robi co tydzień górę pierogów, ja donoszę soczki i owoce. Nie czepiam się niczego. Boże, spraw, żeby Tosia zdała maturę i już nigdy o nic Cię nie poproszę!

Kochana Judyto,

nie zachowuj się jak niedojrzała kobieta. Nie pij alkoholu, bo to nie jest żadne rozwiązanie Twoich problemów. Nie wracaj do palenia. Pracuj dla tego życia tak, jakbyś miała żyć wiecznie, i pracuj na tamto życie tak, jakbyś miała jutro umrzeć.

Bądź cierpliwa. Sześć tygodni to nie wieczność…

Pozdrawiam Cię mocno, Judyta

Naczelny nareszcie zgodził się, żebym napisała o gwałcie. Żadnego udawania, cała tragiczna prawda. Idzie mi ciężko, trzy kobiety odważyły się mówić, mam już wywiad z sędzią, która sądziła w takich sprawach, i rozmowę z psychologiem. Niestety, optymizmu brak.

Borys czuje się coraz gorzej. Zapomniałam, że to stary pies, a teraz to już widać. Była Mańka. Zajrzała mu w mordę i powiedziała, że on zżera kotom, bo prawie nie ma zębów – koty jedzą mięciutką zawartość puszek, a on suche żarełko. Co trzeci dzień gotuję mu kaszę i makaron, ale i tak woli kocie.

Ula mnie dzisiaj zawołała do płotu. Od paru dni jest ciepło, od strony południowej już nie ma śladu śniegu, krótka zima w tym roku. Ula pociągnęła mnie w głąb ogrodu i z dumą pokazała mi swoją forsycję – jeśli taka pogoda się utrzyma, zakwitnie lada dzień.

Kochana Judyto,

przypomnij sobie, jak rok temu wiedziałaś lepiej niż Adam, co on robi, gdzie bywa i dlaczego pachnie perfumami kobiecymi.

Jeśli nie uczysz się na własnych błędach – stoisz w miejscu. Nie pozwól, żeby Twoje życie zależało od innych. Jakie ono będzie, zależy tylko od Ciebie. Oczywiście, zawsze są sprawy, o których nie wiesz, ale stosunek do świata określasz Ty sama. Bądź w zgodzie z sobą. Cztery tygodnie to nie wieczność… Poczekaj, aż sytuacja się wyjaśni.

Całuję i trzymam kciuki, Judyta

Na początku marca moja kariera w redakcji skończyła się nagle i niespodziewanie, moim zdaniem zupełnie bez powodu, choć być może sama sobie jestem winna, jak zwykle. Naczelny został zwolniony w poniedziałek – ze skutkiem natychmiastowym, nawet nie zdążył się z nami pożegnać. Mnie pan Kochasz wyrzucił w środę. Dostałam odprawę za trzy miesiące.

To dobrze, nie będę się już martwić tym, co nieuchronnie miało nastąpić. Ostami mój dzień w pracy upłynął na samych niespodziankach.

Gratuluję, Juda – powiedziała Karna i ucałowała mnie z całego serca.

Zobaczysz, niedługo wszyscy będziemy szukać pracy – szepnęła mi do ucha Jaga.

Kiedy pakowałam swoje rzeczy, nie było ich tak wiele, koleżanki miały łzy w oczach. Karna podała mi karteczkę z telefonem do „Pani i Pana”.

– Zadzwoń, szukali kogoś do listów.

Znowu trzeba zaczynać wszystko od nowa. No cóż, takie jest życie. Piękne, mężczyźni przystojni, a straty być muszą. Tosia się uczy. Borys choruje. Zaraz linieje. U Potemka nie widać, bo ma czarne kudły.

Niewątpliwie idzie wiosna.

Pojechałam dzisiaj do Warszawy kolejką. Jest ładny dzień, będę wracać po południu, poczytam sobie przynajmniej. W „Pani i Panu” niestety już nie potrzebują redaktora. Ani nawet korektorki, ani sprzątaczki, nikogo nie potrzebują. Wpadam na chwilę do rodziców.

– Czy ty, kochanie, pilnujesz Tosi?

Nie, nie pilnuję. Tosia pilnuje się sama. Ja pilnuję, żeby się nie rozpaść.

Tak źle wyglądasz, chyba schudłaś – mówi Moja Mama.

Kobieta w twoim wieku – mówi Mój Ojciec – nie powinna chudnąć. Zmarszczki i te rzeczy… Ja na twoim miejscu…

Nie zadowolę ich nigdy.

Wchodzę do antykwariatu, może jakiś poradnik dla kobiet, co nie wiedzą, jak żyć? Ale przecież ja wiem.

Tylko jakoś trudno mi wiedzę dostosować do rzeczywistości.

Na rogu Marszałkowskiej i Jerozolimskich (nie mogę nie pamiętać, że tutaj kiedyś na mnie czekał Niebieski) wpadam na Naczelnego.

– Witam i zapraszam na coś, co nam na pewno zaszkodzi – mówi Naczelny i idę z nim do restauracji libańskiej, nie zważając na to, że właśnie odjeżdża moja kolejka.

– Mnie też zwolnił – mówię do Byłego Naczelnego i jestem chyba dumna. – Za co?

Za gwałt – pochylam głowę i przypominam sobie, jak zgodziłam się na zmiany w moim tekście pod warunkiem, że będę mogła napisać coś, na czym mi zależy. Mniejsze zło – w tym tkwi diabeł.

To był dobry tekst – mówi Naczelny – Kochasz to wiedział.

Tak, ale… – trochę się zacukuję, bo co mam po wiedzieć mojemu właściwemu Naczelnemu, pierwsze mu szowiniście na świecie?

Śmiało, pani Judyto – mówi Naczelny – co się stało?

– Tekst by poszedł, tylko pan Kochasz wprowadził poprawki…

I przed oczami staje mi pan Kochasz, uśmiecha się i mówi:

– Bez przesady, pani Judyto, z takim zadęciem? A prowokacja ze strony kobiet? Gdyby nie te krótkie spódnice, gdyby nie ten uwodzicielski wzrok, to przecież nie byłoby gwałtów prawda? To drugi aspekt, którego już pani nie uwzględniła!

Drugi aspekt? – Jeszcze nie rozumiem, co ma na myśli. – Jaki drugi aspekt?

No, wiadomo, że kiedy kobieta mówi „nie”, to znaczy: „być może”, jak mówi „być może”, to znaczy: „tak”, a jak mówi „tak”, to nie kobieta… – Kochasz śmieje się, a mnie krew zalewa oczy. – Prawda?