Lily wtuliła się w obsypane płatkami kwiatów okrycie, a Neville uniósł się w powozie i potrząsnął pięścią w stronę rozweselonych gości. Stali tam wszyscy – stateczni dorośli i niesforni młodzi. Lily zauważywszy, że matka Neville'a płacze, wyciągnęła do niej dłoń i pocałowała, kiedy ta podeszła do nich. Pocałowała również wzruszoną Elizabeth i uściskała ojca, który udawał, że to tylko z powodu zimna tak łzawią mu oczy.

Neville, nadal stojąc w powozie, rzucił deszcz monet w stronę dużej grupy mieszkańców wioski, obserwującej ceremonię. Dzieci zaczęły się przekrzykiwać i rozpychać, by podnieść skarb.

Powóz wreszcie ruszył, a wtedy Lily i Neville zauważyli, że ciągną za sobą cały arsenał wstążek, kokard i dzwonków.

– Można by pomyśleć, że kuzynkowie nie mają nic lepszego do roboty – stwierdził Neville, siadając obok Lily.

– Masz na nosie płatek. – Roześmiała się, sięgając do jego twarzy.

Ujął jej dłoń i uniósł do ust. Śmiech zamarł mu na ustach. Spojrzała na niego błyszczącymi oczami.

– Lily. Moja żona. Hrabina Kilbourne.

– Tak. – Ujęła jego twarz w dłonie. Znaleźli się na zakręcie wiejskiej dróżki wiodącej z powrotem do domu. Kościół i weselni goście zniknęli im z oczu. – Tyle razy zmieniałam swą tożsamość w ciągu ostatnich dwóch lat, że w końcu sama już nie wiedziałam, kim jestem i kim powinnam być.

– Rozumiem. – Położył rękę na jej dłoni. – I wreszcie odnalazłaś się? Kim jesteś?

– Jestem Lily Doyle – odparła. – Jestem łady Frances Lilian Montague. Jestem Lily Wyatt, hrabina Kilbourne. Jestem każdą z nich.

– Nadal sprawiasz wrażenie oszołomionej – stwierdził smutno.

Potrząsnęła jednak głową i uśmiechnęła się do niego, w jej oczach zalśniło szczęście.

– Jestem wszystkimi osobami, jakimi kiedykolwiek byłam – powiedziała. – Mam za sobą różne doświadczenia. Nie muszę wcale wybierać. Nie muszę rezygnować z jednej tożsamości, by wybrać drugą. Jestem tym, kim jestem. Jestem Lily. – Uśmiechnęła się wesoło. – Znana jako twoja żona.

Odwrócił głowę, zamknął oczy i przycisnął usta do jej nadgarstka.

– Tak. Właśnie tym jesteś, Lily. Kobietą, którą kocham. Kocham cię, Lily.

– Wiem. – Pochyliła ku niemu głowę. – Kochałeś mnie na tyle, by pozwolić mi odejść, bym mogła odnaleźć siebie.

– A ty wróciłaś do mnie.

– Tak – powiedziała. – Ponieważ nie musiałam, Neville. Ponieważ wróciłam nieprzymuszona i zdecydowałam się na ciebie z własnej woli. I ponieważ cię kocham. Zawsze cię kochałam. Od pierwszej chwili, kiedy zacząłeś rozmawiać z tatą. Byłeś wtedy moim bohaterem. Potem stałeś się przyjacielem. A potem ukochanym. A teraz kimś jeszcze. Możemy teraz żyć i kochać się jak równy z równym.

– Czy mówiłem ci już, Lily, że jesteś piękną panną młodą? – Uśmiechnął się do niej.

– Powinieneś podziękować za to Elizabeth. To ona przekonała mnie, że w tej sukni prezentuję się najlepiej i że będę lepiej wyglądać z kwiatami we włosach, a nie w kapeluszu z woalką.

– Miałem na myśli twoją błękitną sukienkę z bawełny, wojskowy płaszcz i rozpuszczone włosy bez jednej szpilki.

– Och. – Zagryzła wargę. – Pięknie to powiedziałeś. A ty byłeś przystojny w wytartym mundurze pułkowym. Neville, jacy jesteśmy szczęśliwi, że możemy zachować we wspomnieniach dwa takie śluby.

– O, nie! – Neville spojrzał przed siebie, a Lily nadal wpatrzona była w jego twarz. Odwróciła gwałtownie głowę.

– Masz ci los – powiedziała.

Mogłaby przysiąc, że cała służba z Rutland Park – od pierwszego lokaja do najmłodszego pomocnika ogrodnika – zebrała się na tarasie. Stali w szeregu według rangi, by powitać nowożeńców. Oni również – wszyscy – uzbroili się po zęby w kwietne płatki.

Neville otoczył ramieniem Lily i pochylił się nad nią, by popatrzeć na jej twarz. Odwzajemniła spojrzenie. Wyglądało na to, że ich urocze interludium prywatności dobiegło na razie końca.

– Mamy przed sobą noc, ukochana – powiedział.

– Tak – odparła tęsknym głosem. – Mamy noc.

Odwrócili się ze śmiechem do służby, pozwalając, by przypuściła na nich kwietny atak.

Mary Balogh

  • 1
  • 42
  • 43
  • 44
  • 45
  • 46