Juliette Benzoni

Opal księżniczki Sissi

Część Pierwsza

Koronkowa maska

Jesień 1923

Rozdział pierwszy

Trzy dni w Wiedniu

Przeskakując przez kałuże, Aldo Morosini, książę antykwariusz z Wenecji, przebył biegiem Augustinerstrasse w kierunku opery i wszedł drzwiami dla artystów. Był to stary przywilej przysługujący klientom słynnego hotelu na wypadek złej pogody. A pogoda była rzeczywiście paskudna. Od przyjazdu księcia do Wiednia nieprzerwanie padał deszcz, zalewając potokami stolicę

Austrii.

Pomimo tajemniczego listu, który księcia tu sprowadził, Morosini zaczął tęsknić za ukochaną Wenecją, chociaż od kilku miesięcy strasznie się tam nudził, co zdarzyło się mu pierwszy raz w życiu.

Nie, nie stracił zainteresowania cennymi i rzadkimi przedmiotami - a w szczególności kamieniami szlachetnymi i historycznymi klejnotami. Po powrocie z Anglii nie potrafił jednak odnaleźć w sobie tej palącej ciekawości, która go nie opuszczała od dnia, gdy w głębokich podziemiach warszawskiej dzielnicy żydowskiej poznał tajemniczego Szymona Aronowa zwanego Kulawym. Trudno o osobę bardziej zagadkową i ujmującą zarazem. A jeszcze trudniej zachwycić się cennym przedmiotem, choćby nim była porcelanowa waza z Sevres wykonana specjalnie dla Katarzyny Wielkiej lub para weneckich stojaków na drewno należących do samego Ryszarda Wagnera, jeśli się miało w pamięci nie tak dawne przygody. Morosini doświadczył ich w towarzystwie przyjaciela, Adalberta VidalPellicorne'a, podczas poszukiwań klejnotów skradzionych w zamierzchłych czasach z pektorału arcykapłana Jerozolimy.

W pamięci Żydów i niektórych historyków pektorał stał się legendą. Lecz książę miał okazję trzymać go w dłoni - święty przedmiot pochodzący z dalekich wieków; przyczyna szaleństwa, nędzy i niejednej zbrodni.

Niezapomniana chwila! Kwadratowa płytka ze złota ukryta przez Aronowa w podziemnej kaplicy opromieniona wielowiekową historią sięgającą czasów splądrowania świątyni w Jerozolimie przez legiony Tytusa. Nosiła też namacalne ślady chciwych rąk złodziei: z dwunastu kaboszonów przedstawiających dwanaście plemion Izraela zostało tylko osiem i to najmniej cennych. Zginął szafir plemienia Zebulona, diament plemienia Beniamina, opal plemienia Dana i rubin Judy. A według tradycji lud Izraela miał odzyskać ojczyznę i niepodległość, kiedy kompletny pektorał powróci do kraju.

Dzięki wskazówkom Kulawego i szczęściu przyjaciołom udało się w dziewięć miesięcy odnaleźć dwa bezcenne kamienie: szafir zwany Błękitną Gwiazdą, który należał przez trzy stulecia do rodu Montlaure, przodków ze strony matki księcia Morosiniego, i diament o nazwie Róża Yorku, należący do spadku po Karolu Zuchwałym, księciu Burgundii, o który upominała się Korona Angielska.

Przyszło im to nie bez trudu. Jak każdy święty przedmiot sprofanowany przez chciwość oba klejnoty zdawały się sprowadzać nieszczęście. Księżna Izabela, matka Aida, straciła życie za sprawą Błękitnej Gwiazdy. Podobny los spotkał ostatniego właściciela szafiru, sir Eryka Ferralsa, niezwykle majętnego handlarza broni, zamordowanego -jak ustalono w śledztwie - przez kochanka żony. Co do diamentu, mnogość trupów towarzyszących jego dziejom była szokująca. Podobnie jak fascynujących i niebezpiecznych przygód przeżytych przez obu przyjaciół podczas poszukiwań tych bezcennych klejnotów. I to właśnie tego żałował Morosini najbardziej tu i teraz, czyli w Wiedniu roku 1923.

Po świętach Bożego Narodzenia i sylwestrze spędzonym w Wenecji wśród przyjaciół, w okolicy Matki Boskiej Gromnicznej Aldo został prawie sam. Jego najbliżsi, to znaczy ciotka, droga markiza de Sommieres, i panna Maria Andżelina du Plan-Crépin, kuzynka i dama do towarzystwa markizy, oraz Adalbert VidalPellicorne, z zawodu archeolog, który stał się największym przyjacielem Morosiniego, wyjechali, zostawiając go w towarzystwie starego nauczyciela, Hieronima Buteau i dwóch wiernych sług, Zachariasza i Ceciny Pierlunghi, którzy pamiętali dzień jego narodzin.

 I to wszysto miało miejsce w chwili, kiedy odżyła w nim nadzieja na nowe przygody!

Ta nadzieja pojawiła się nagle 31 stycznia wraz z nadejściem listu z banku szwajcarskiego, który pośredniczył między Kulawym a jego wysłannikami. Niestety, choć zawierał weksel i bilecik skreślony ręką Aronowa, sam tekst sprawił księciu prawdziwy zawód: nie dość, że Żyd z Warszawy nie wyznaczał Morosiniemu daty kolejnego spotkania, to jeszcze po enigmatycznym pogratulowaniu mu sukcesu w zdobyciu „ostatniej przesyłki", radził, żeby książę „udał się na odpoczynek i sam nie podejmował żadnych kroków przed kolejnym poleceniem, tak aby sprawy trochę przycichły".

Następnego dnia pałac Morosinich opuścili wszyscy goście. Pierwszy wyjechał Adalbert, który w głębi duszy był zadowolony z zapowiedzianej przerwy i postanowił od razu udać się do Egiptu: spektakularne odkrycie grobowca młodego faraona Tutenchamona i jego skarbów nie dawało mu spać po nocach. Musiał to wszystko zobaczyć na własne oczy.

- To mi pozwoli - wyjaśnił - spędzić kilka dni z drogim profesorem Loretem, konserwatorem z Muzeum Kairskiego, którego nie widziałem ze dwa lata. Wyobrażam sobie, jak musi palić go zazdrość z powodu odkryć Anglików. Postaram się do ciebie napisać.

Po czym, nie zwlekając, wsiadł na pierwszy lepszy statek płynący do Aleksandrii, na którym znalazła się również markiza de Sommieres z Marią Andżeliną (ku wielkiemu zmartwieniu tej ostatniej). Przez cały styczeń pobożna panna starała się jak mogła najlepiej zastąpić niezrównaną Minę*, sekretarkę Aida, wywiązując się z tego zadania dość dobrze. Nabrała przy tym tak wielkiego zamiłowania do antyków, że wolała zostać w Wenecji. Niestety, jeśli nawet stara markiza bardzo kochała Aida, czuła się już dość zmęczona wenecką zimą, bardzo w tym roku wilgotną i chłodną. Najbardziej dokuczał jej reumatyzm, co starała się ukryć, aby nie zakłócać utartego trybu życia w pałacu. Kiedy jednak notariusz Massaria zawiadomił Morosiniego, że młody człowiek, którego polecił księciu na sekretarza, właśnie wrócił i w każdej chwili może podjąć obowiązki, markiza natychmiast zarządziła pakowanie, aby poszukać bardziej przyjaznego klimatu. Na próżno Maria Andżeliną protestowała.

- Jeśli zamierzamy w Paryżu znaleźć idealną pogodę, popełniamy wielki błąd - oświadczyła, używając dostojnej liczby mnogiej, jak to miała w zwyczaju, zwracając się do pani de Sommieres.

- Niech mnie pani nie uważa za szaloną, Plan-Crépin! Nie mam wcale zamiaru marznąć w Paryżu!

- Czyżbyśmy się zatem wybierały na Lazurowe Wybrzeże?

- Za duży ścisk! Zbyt kosmopolityczne towarzystwo! A dlaczego by nie do Egiptu?

- Egipt i Egipt! - rozzłościł się Aldo, nieco sfrustrowany. -I ciocia także?

- Nie miej nam tego za złe, ale kochany Adalbert przez miesiąc tak nas naszpikował archeologicznymi opowieściami, że w końcu dałam się skusić. A poza tym gorący oddech pustyni dobrze mi zrobi na chore stawy! Plan-Crépin, proszę iść do Cooka i zarezerwować dla nas kabiny oraz pokoje w Mena House w Gizie. To na początek... Potem zobaczymy...

- A kiedy wyjeżdżamy?

- Natychmiast!... Pierwszym statkiem!... No, ale proszę nie robić takiej kwaśnej miny! Znając się na tylu rzeczach, będziesz się mogła, moja droga, wykazać również przy łopacie i kilofie! To zawsze jakaś odmiana po wyczynach wspinaczkowych!

Dwa dni później kobiety wyjechały, zostawiając za sobą wielki żal i niemal namacalną pustkę, która dała się odczuć, kiedy Morosini i Hieronim spotkali się w salonie ozdobionym przedmiotami z laki, gdzie najczęściej siadano do stołu... Stary nauczyciel również źle się czuł w opustoszałym pałacu. Pod koniec pierwszego posiłku spożywanego w ciszy wyjawił, co go gryzie:

- Powinieneś się ożenić, Aldo! Ten wielki dom nie jest stworzony dla dwóch kawalerów...

- Ożeń się sam, mój drogi, jeśli masz na to ochotę! Mnie to nie bawi - odparł Aldo, który już dawno przeszedł ze swym dawnym nauczycielem na „ty". Zapaliwszy nonszalancko papierosa, dodał: - Czy nie sądzisz, że obaj jesteśmy śmieszni? W końcu nasi goście zabawili tu tylko przez miesiąc, a przedtem, jak pamiętam, żyliśmy sobie całkiem przyjemnie?

Usta pana Buteau pod cienkimi, siwymi wąsami rozciągnęły się w półuśmiechu.

- Nigdy nie byliśmy sami, Aldo! Mieliśmy Minę. Sądzę, że to jej najbardziej mi brakuje...

Morosini zmienił się na twarzy i nerwowo zgasił w popielniczce zapalonego papierosa.

- Proszę cię, Hieronimie, nie mówmy o niej! Dobrze wiesz, że Mina nie istniała. Była tylko przynętą, przykrywką przelotnej zachcianki dziewczyny z bogatego domu, która pragnęła się zabawić...

- Jesteś niesprawiedliwy, sam wiesz... Mina... lub raczej Liza, bo takie jest przecież jej prawdziwe imię, nigdy nie szukała u nas rozrywki. Kochała Wenecję i uwielbiała ten pałac. Chciała tu żyć...

- ...żeby w przebraniu bas bleu* skierować okular mikroskopu na dziwny okaz, za jaki niewątpliwie mnie uważała. Niestety, jej werdykt nie był dla mnie korzystny.

* Bas bleu (fr. „niebieska pończocha") - kobieta popisująca się uczo-nością i zaniedbująca dom. Także: nazwa, nadawana w XVIII w. klubom gromadzącym głównie kobiety zajmujące się nauką i literaturą; nieliczni panowie należący do klubu nosili niebieskie wełniane pończochy (zamiast tradycyjnych czarnych jedwabnych), aby zaznaczyć wzgardę dla konwenansów (przyp. tłum.).

- Co o niej myślisz, od kiedy poznałeś jej prawdziwą tożsamość? - Moja opinia nie ma tu nic do rzeczy! Kogo to może obchodzić?

- Na przykład mnie! - odparł Hieronim z uśmiechem. -Jestem przekonany, że właśnie takiej kobiety ci potrzeba...

- To twoja sprawa, a ponieważ tylko ty tak uważasz, niech tak pozostanie. Lepiej chodźmy się położyć. Jutro trzeba wprowadzić młodego Pisaniego w jego obowiązki, a poza tym mamy kilka spotkań, więc zapowiada się ciężki dzień. Jeśli chłopak się nada, szybko zapomnimy o Minie.

Na szczęście Morosini stwierdził od pierwszego wejrzenia, że nowy pracownik to trafny wybór. Ten młody i grzeczny wenecjanin z jasnymi włosami, dobrze ułożony, gustownie ubrany i raczej skąpy w słowach pasował do marmurów i sreber pałacu przekształconego na znany na całym świecie sklep z antykami. Młodzieniec powinien szybko się wdrożyć, gdyż widać w nim było prawdziwe zamiłowanie do starych przedmiotów, zwłaszcza pochodzących z Dalekiego Wschodu. Wkrótce Angelo Pisani błysnął erudycją, która zadziwiła nowego pracodawcę, kiedy dostrzegł na półce antykwariatu bukłak z seledynowym wieczkiem pochodzący z XVIII wieku i nie zadawszy sobie nawet trudu, żeby go odwrócić w celu sprawdzenia oznakowań - bez zająknienia krzyknął:

- Co za wspaniały okaz! To naczynie z potrójnym dziubkiem z epoki KienLong, zdobione reliefowymi diagramami talizmanicznymi, formami pięciu świętych gór*. Jest doskonałe, a przy tym bezcenne!

* Chińskie święte góry - dwie grupy po pięć wzniesień, jedna związana z taoizmem, druga z buddyzmem. Ważne centra religijne odwiedzane przez licznych pielgrzymów (przyp. red.).

- Mam jednak zamiar ustalić jego cenę - rzekł Morosini. - Niemniej chciałbym panu pogratulować. Mecenas Massaria nie wspominał mi, że jest pan takim wybitnym sinologiem.

- Za sprawą matki w moich żyłach płynie trochę krwi Marco Polo - wyjaśnił skromnie nowy sekretarz. - Moje zainteresowania wypływają bezsprzecznie z tego faktu, lecz wiem też co nieco o antykach z innych krajów.

- A drogie kamienie, stare klejnoty? Czy na nich również się pan zna?

- Niestety nie - przyznał młodzieniec z rozbrajającą szczerością. - Z wyjątkiem oczywiście przedmiotów z nefrytu i chińskiej biżuterii, lecz jeśli pan Buteau zgodzi się mnie doszkolić, z pewnością szybko nadrobię braki!

Wkrótce Pisani udowodnił prawdziwe zdolności, a ponieważ w sekretarzowaniu nie było zbyt wiele do nauczenia, Morosini odczuwał satysfakcję z faktu zatrudnienia nowego pracownika. Ubolewał jednak, że poza sprawami zawodowymi nie można było się o nim dowiedzieć zbyt wiele. W pałacu poruszał się niczym cień. Był cichy i skuteczny, lecz nudny, przez co Aldo jeszcze bardziej żałował odejścia Miny: dziewczyna zawsze miała gotową odpowiedź na wszystko, zwykle ciętą i niebanalną... *  *  *

Chcąc się nieco rozerwać, książę wdał się w miłą przygodę z węgierską śpiewaczką, która została zaproszona do Teatro la Fenice, by zaśpiewać partię Łucji z Lammermooru. Ta urocza, delikatna blondynka była trochę podobna do Anielki Solmańskiej i miała piękny, kryształowy głos godny anioła. Ale na tym jej anielskość się kończyła... Morosini odkrył szybko, że piękna Ida była nie tylko mistrzynią w sztuce miłości, lecz także rachunkowości. Potrafiła bowiem ze znawstwem odróżnić diament od cyrkonu i w żadnym razie nie widziałaby nic zdrożnego w dodaniu do miana primadonny tytułu księżnej... Morosini nie zamierzał jednak przeistoczyć tego wędrownego ptaka w kurę domową i pośpiesznie odebrał jej złudzenia. Pewnego czerwcowego wieczoru na peronie dworca Santa Lucia romans dobiegł końca, przypieczętowany podarunkiem w postaci szafirowej bransoletki, bukietu róż i wielkiej chusteczki do machania na do widzenia. Niestały amant widział, jak długo powiewała przez otwarte okno sleepingu, zanim pociąg zniknął za zakrętem.