– Wkrótce będę pracował u ojca.

– Och, Clay… Usłyszała, jak się roześmiał, był to śmiech przepełniony radością i uczuciem ulgi.

– Och, Cat, miałaś rację, tak bardzo miałaś rację.

– Tak mi się zdawało.

Kiedy tym razem się roześmiał, w jego śmiechu nie słychać już było takiego napięcia. Westchnął:

– Posłuchaj, muszę się trochę przespać. Ostatnio niewiele spałem.

– Ja także.

– Przyjadę po ciebie około piątej, dobrze?

– Będziemy gotowe. Znowu zapanowała między nimi cisza, długa, mówiąca więcej niż słowa, które nie padły.

– Dobranoc, Catherine.

– Dobranoc, Clay. I cisza, bo każde z nich czekało, by to drugie pierwsze odłożyło słuchawkę.

– Powiedziałem „dobranoc”.

– Ja także.

– Zróbmy więc to razem.

– Co mamy zrobić razem? Nie wiedziała dotychczas, że można usłyszeć uśmiech.

– To też, ale później. Teraz po prostu odłóż słuchawkę, żebym mógł się trochę przespać.

– Dobrze, wobec tego, jak powiem trzy…

– Raz… dwa… trzy… Oboje jednak bardzo się mylili, sądząc, że uda im się zasnąć.

ROZDZIAŁ 31

Następny dzień ciągnął się niemiłosiernie. Czuła się lekko oszołomiona, nieobecna duchem. Przechodząc koło lustra, przyłapała się na tym, iż długo i badawczo wpatruje się w swoje odbicie, zakryła więc policzki dłońmi, zamknęła oczy i przysłuchiwała się przyspieszonemu biciu serca, które zdawało się pulsować w najodleglejszych komórkach jej ciała. Otworzyła oczy i pomyślała: to może być fałszywy alarm. Może to tylko wybieg, by on i jego rodzice mogli zobaczyć Melissę w czasie świąt. Przypominała sobie jednak brzmienie jego głosu i już wiedziała, że jest to coś, o czym marzyła. Jej myśli zwróciły się ku nadchodzącemu wieczorowi. Pospiesz się! Pospiesz się!

W końcu dla zabicia czasu wpakowała Melissę do samochodu i pojechała kupić coś nowego do ubrania. Chodziła w tłumie kupujących w zupełnie innym nastroju niż poprzedniego dnia. Uśmiechała się do nieznajomych. Nuciła kolędy, których melodia dochodziła z głośników. Okazała godną pochwały cierpliwość, kiedy musiała czekać w wolno przesuwającej się kolejce do kasy. Raz nawet odezwała się uspokajająco do starszego mężczyzny, gdy zaczęła go ponosić złość. Nie znane jej do tej pory uczucie radości owładnęło Catherine, kiedy zobaczyła, że pod wpływem jej własnego pogodnego nastroju znika zniecierpliwienie mężczyzny. Widzisz, co może zdziałać miłość?

Gdy wróciła do domu, położyła Melissę do łóżeczka, by się przespała, a sama wzięła odprężającą kąpiel w burzy piany. Wyszła z wanny, stanęła przed wielkim lustrem i zaczęła się wycierać. Czuła się oszałamiająco radosna – dziecinnie, a równocześnie kobieco. Wykrzywiła się do lustra, przybrała uwodzicielską pozę, częściowo zasłaniając swoją nagość ręcznikiem, a następnie stanęła w innej pozie, z inną miną. Wyciągnęła kilka kosmyków z węzła na czubku głowy, nadając sobie kociakowaty wygląd, z luźno zwisającymi pasemkami na skroniach i karku. Zwilżyła usta, rozchyliła je lekko, spojrzała uwodzicielsko spod przymkniętych powiek i szepnęła: – Witaj, Clay. – Stanęła tyłem do lustra i powiedziała zalotnie przez ramię: – Cześć, Clay. – Następnie odwróciła się, zarzuciła sobie ręcznik na szyję, tak że jego końce zakrywały różane czubki jej piersi, położyła ręce na nagich biodrach i powiedziała uwodzicielsko: – No i co powiesz, chłopczyku?

Nagle rzuciła tę zabawę – nie była przecież żadną z tych postaci. Nie była już małą dziewczynką, była kobietą. To, co się działo w jej życiu, było realne, i musi pokazać Clayowi tylko autentyczną Catherine. Prawdziwa Catherine upuściła ręcznik na podłogę. Stanęła wyprostowana, przyglądając się własnemu ciału, swojej twarzy, swoim włosom. Wzięła buteleczkę delikatnie perfumowanego balsamu, którego użyła dziś rano, i nadal wpatrzona w swoje odbicie nalała trochę płynu na dłoń i zaczęła go nakładać na swe długie, jędrne ramiona, kark, szyję, sięgając tak daleko na plecy, jak zdołała. Nadstawiła dłoń i wlała następną porcję chłodnego, jedwabistego balsamu, a jego zapach – zapach, który wiedziała, Clay uwielbiał – rozprzestrzenił się w ciepłej, zaparowanej łazience. Wcierała balsam w brzuch, w zagłębienie pomiędzy żebrami. Z zamkniętymi oczami przesunęła dłońmi po piersiach, czując dziwnie miły niepokój, gdy dotknęła nabrzmiałych i twardych jak klejnoty sutek. Stojąc tak i dotykając się pomyślała, o Clayu, o czekającej ją nocy. Pragnę cię, Clay, pomyślała, od tak dawna cię pragnę. Wyobraziła sobie, że to dłonie Claya gładzą jej piersi. Otworzyła oczy z trzepotem powiek i nabrała jeszcze trochę balsamu. Powoli uniosła jedną stopę, oparła ją o toaletkę, obciągając palce w dół, i rozprowadziła pachnący chłodny płyn po nodze, od wygiętej stopy w górę po łydce, za kolanem, po udzie, po pośladkach, wysoko, po wewnętrznej stronie ud. Jestem rozwiązła, pomyślała. A potem: Nie, po prostu jestem kobietą. Zapach, który Clay uwielbiał, był teraz na całym jej ciele.

Powoli wyjęła grzebyki z włosów i zaczęła je szczotkować, przypominając sobie wieczór randki w ciemno, a potem ten wieczór, kiedy dziewczęta w Horizons bawiły się w jej dworki. Dziś odbędzie się jej druga randka z Clayem. Tyle wysiłku włożyła teraz w swoją toaletę, ile dziewczęta owego pamiętnego wieczoru. Włożyła biustonosz i maleńkie majteczki, których Clay jeszcze nie widział. Nad makijażem pracowała tak długo, aż stał się subtelnym dziełem sztuki. Włosy pozostawiła rozpuszczone, proste, lekko zaczesane do tyłu, jak wtedy gdy po raz pierwszy spotkała Claya.

Nowa sukienka z bladośliwkowego krepdeszynu miała kopertowy fason, opadała luźno od przymarszczeń u ramion., Zamiast kołnierzyka miała dekolt w szpic, uwidaczniający nagą skórę. Gdy Catherine przewiązała się sznurkowym paskiem, sukienka nabrała szyku. Zapięła mankiety i odsunęła się od lustra, żeby się sobie przyjrzeć. Odgarnęła z czoła niesforny kosmyk. Pokropiła się perfumami „Charlie”. Przypięła do uszu złote kółka, na szyi zawiesiła prosty krótki łańcuszek, stopy wsunęła w lekkie pantofelki z lakierowanej skórki. Wybrała je, bo miały bardzo wysoki obcas, a Clay był gorącym wielbicielem kobiet noszących wysokie obcasy.

Catherine uderzyło to, że robi wszystko, by się wydać Clayowi ponętna, i na chwilę owładnęło nią poczucie winy. Wówczas jednak przywołała ją tym swoim niewyraźnym szczebiotem rozbudzona z drzemki Melissa i Catherine pobiegła, by ubrać dziecko.

Clay również wyszedł z domu i kupił sobie nowe ubranie. Teraz jednak, już wystrojony, w drodze do Catherine zastanawiał się po raz dziesiąty, czy aby jedwabny krawat nie wygląda zbyt oficjalnie i czy to widać, że przed chwilą wyszedł od fryzjera; był stremowany i zdenerwowany jak uczniak. Co się z nim, do diabła, dzieje? Nigdy przedtem nie miał najmniejszych wątpliwości, jaki sobie dobrać krawat. Gdy stał na czerwonym świetle, przekręcił lusterko, żeby się jeszcze raz przyjrzeć krawatowi. Poluzował trochę węzeł, ale zmienił decyzję i ponownie podciągnął go w górę. Spojrzał na włosy, przejechał po nich dłonią, chociaż każdy włos był na swoim miejscu. Ktoś za nim nacisnął klakson i minął Claya, rzucając przekleństwo.

Catherine była zupełnie gotowa. Do umówionej pory brakowało ponad pół godziny. Wyobraziła sobie Claya przygotowującego się do spotkania z nią, zastanawiała się, co też on czuje, co myśli. Melissa wykorzystała nastrój matki, dobierając się do rzeczy, których nie wolno jej było dotykać: choinkowych ozdób, pokręteł przy telewizorze, filodendrona na stoliku do kawy. W końcu zdenerwowana, że stale musi wybawiać Melissę z kłopotów, Catherine włożyła ją do kojca, i już bez przeszkód podjęła spacer tam i z powrotem po pokoju.

Zadzwonił dzwonek u drzwi.

Dwa razy, niech zadzwoni dwa razy, zganiła swe niecierpliwe stopy, podczas gdy na zewnątrz Clay wsunął rękę do kieszeni płaszcza, powstrzymując się od naciśnięcia dzwonka powtórnie.

Co powinnam powiedzieć, zastanawiała się nerwowo.

Co powinienem powiedzieć, zastanawiał się gorączkowo.

Drzwi się otworzyły i stanęła w nich Catherine w sukience luźno ściągniętej paskiem, co sprawiało, że wyglądała zwiewnie i cudownie.

Płatki śniegu padały na płaszcz Claya z kosztownej brązowej skóry.

– Wesołych świąt – powiedział, nie spuszczając wzroku z jej twarzy, widząc jednocześnie jej szczupłe nogi w pantoflach na wysokich obcasach i biodra opięte sukienką.

– Wesołych świąt – odwzajemniła życzenia, uśmiechając się nerwowo. Odsunęła się, z ręką nadal na klamce, by pozwolić mu wejść do środka. Odwrócił się i patrzył, jak zamyka drzwi. Jego wzrok powędrował w dół do jej łydek, a następnie w górę, do jej włosów spływających na plecy. Kiedy ich wzrok się spotkał, powiedział:

– Ładna sukienka.

– Dziękuję. Jest nowa. Ja… cóż, wydałam na nią trochę twoich pieniędzy.

Dlaczego to powiedziałaś! – zganiła się, ale on się uśmiechnął i powiedział:

– Pochwalam to z całego serca, zwłaszcza że ja zrobiłem to samo.

– Zrobiłeś to samo?

– Sprawiłem sobie gwiazdkowy prezent. – Rozpiął płaszcz, żeby zobaczyła tweedową marynarkę w kolorze kawy z mlekiem.

– Oczywiście w brązach.

– Oczywiście.

– To twoje kolory. Hol wejściowy wydał się nagle za mały dla nich dwojga, więc Catherine poprowadziła go do salonu, podtrzymując banalną rozmowę:

– Melissa także ma nową sukienkę, tę, którą dała jej twoja matka i do której dopiero teraz dorosła. Chodź, zobacz ją.

– Hej, ona zaćmi nas oboje – powiedział Clay, idąc tuż za Cath. – Cześć, Melissa. – I po raz pierwszy córka nie zaczęła płakać na jego widok.

Catherine pochyliła się i wyjęła dziecko z kojca, odwróciła się, trzymając je w ramionach, i starannie unikając wzroku Claya, zapytała:

– Możesz powiedzieć „cześć” tatusiowi, Melisso?

– Dziecko tylko wpatrywało się w Claya. Catherine szepnęła coś, czego nie dosłyszał, i poruszyła malutką rączką Melissy. Nadal wpatrując się w Claya, dziecko otworzyło i zamknęło pulchną piąstkę.

– To znaczy „cześć” – zinterpretowała ten gest Catherine i przez chwilę popatrzyła na zadowolony uśmiech Claya. Następnie usiadła na tapczanie i zaczęła wpychać rączki i nóżki Melissy w niebieski kombinezon. – Clay, czy moglibyśmy pojechać moim samochodem, żeby zmieścił się kojec?

– Nie będziemy potrzebować kojca. Mama przerobiła jedną z sypialń na pokój dziecinny.

Zaskoczona Catherine podniosła wzrok.

– Naprawdę? – Clay przytaknął skinieniem głowy.

– Kiedy?

– W lecie.

– Nic mi o tym nie mówiła.

– Nie miała po temu okazji.

– Czy ona… to znaczy, czy oni wiedzą że przychodzimy dziś wieczór, Melissa i ja?

– Nie. Nie chciałem ich rozczarować, gdyby to się nie udało.

Niczym w scenie z zapamiętanego filmu samochód przejeżdżał ulicami, wzdłuż których zapalały się kolejno uliczne latarnie, obwieszczając nadejście zmroku. Catherine przepełniła dziwna mieszanina uczuć. Uczucie spokoju, wywołane tym, że znowu znajduje się tam, gdzie jest jej miejsce, łączyło się z zapierającym dech oczekiwaniem, rosnącym w miarę zbliżania się do miejsca, do którego należała coraz bardziej.

Clay rzucał ostrożne spojrzenia w jej stronę. Boże Narodzenie ma dziwny wpływ na ludzi, pomyślał i uśmiechnął się, obserwując Melissę sięgającą do pokręteł na desce rozdzielczej i Catherine, która raz po raz odsuwała małe rączki i łagodnie strofowała dziecko. Clay ponownie spojrzał na profil żony, poczuł także emanujący od niej zapach. Zastanawiał się, jak przetrwa ten wieczór – chciałby już być z nią sam na sam.

Podjazd przed domem wybiegł łukiem na ich spotkanie. Catherine nie potrafiła opanować cichego okrzyku.

– Brakowało mi tego – powiedziała do siebie. Kąciki jej ust uniosły się czarownie.

Zajechali przed frontowe drzwi. Clay obszedł samochód, wyciągnął ręce po Melissę, po czym ujął łokieć Catherine, pomagając jej wysiąść z samochodu. Przez chwilę stali w łagodnym świetle, padającym na ich twarze z latarń. Serpentyny z czerwonej wstążki wydawały lekki dźwięk uderzając o mur domu. Zimny wiatr odgarnął Clayowi włosy z czoła, po czym łagodnie ułożył je z powrotem. Bawił się także złotymi kółkami w uszach Catherine, kołysząc nimi i uderzając o jej szyję, tam gdzie Clay pragnął przywrzeć ustami. Na to jednak będzie musiał poczekać.

– Zadzwońmy – powiedział psotnie.

– Zadzwońmy – zawtórowała mu. Drzwi otworzyła Angela.

– Zastanawiałam się, kiedy… – powiedziała i słowa zamarły jej na ustach. Podniosła do warg delikatne palce.

– Czy znajdzie się miejsce jeszcze dla trzech osób? – zapytał Clay.

Angela nie poruszyła się przez długą chwilę. Jej oczy zaczęły podejrzanie błyszczeć, gdy spoglądała to na uśmiechniętą twarz Catherine, zasłoniętą przez jedno ramię Claya, to na Melissę, na jego drugim ramieniu.

– Angelo – powiedziała cicho Catherine. I nagle starsza kobieta w bladożółtej sukience czując łzy pod powiekami podeszła, by objąć całą trójkę najmocniej jak potrafiła. Wprowadziła ich do środka, przywołując Claiborne'a, odbierając od Claya Melissę – całowana przez Claya i Catherine.