– Gdybym mógł więcej zrobić dla niej… i dla pani – odparł życzliwie. – Trudno nie zauważyć, jaka to dla pani zgryzota.

– Traktuję ją jak własne dziecko. – Łzy napłynęły do oczu Madame, on zaś na widok jej bólu łagodnie ujął ją pod ramię. Poczuł się całkiem bezradny.

– Może Bóg okaże się miłosierny i oszczędzi ją. Mogła tylko skinąć głową. Wzruszenie odebrało jej mowę.

– Wrócę jutro jak najwcześniej rano.

– Codziennie zaczyna rozgrzewkę o piątej albo wpół do szóstej – powiedziała przełożona, jakby to miało jeszcze jakieś znaczenie. – Musi bardzo ciężko pracować. Jest znakomitą tancerką – rzekł lekarz z podziwem.

Nie wierzył, by któreś z nich miało jeszcze zobaczyć jej taniec, cieszył się jednak, że sam go przynajmniej raz widział. Myśl o tym dzisiaj graniczyła z tragedią.

– Widział pan, jak tańczy? – Madame miała rozpacz w oczach.

– Tylko raz. W Giselle. To było przepiękne – odparł łagodnie.

Wiedział, jakie to wszystko trudne dla Madame. Nie sposób było nie zauważyć.

– Jest jeszcze lepsza w Jeziorze łabędzim i w Śpiącej królewnie. – Uśmiechnęła się smutno.

– Będę o tym pamiętał – powiedział uprzejmie, ukłonił się i wyszedł. Zamknęła za nim ciężkie drzwi i przez korytarze ruszyła spiesznie z powrotem do Daniny.

Madame nigdy nie zapomniała tej nocy, pełnej bólu i rozpaczy, a zarazem gorączki, maligny i przerażenia stanem Daniny. Nad ranem wydawało się, że Danina żegna się z życiem. Madame siedziała przy jej łóżku, sama niemal jak umarła, umęczona, nie śmiała jednak opuścić jej aż do chwili, gdy doktor powrócił o piątej rano.

– Dziękuję, że pan przyszedł tak wcześnie – wyszeptała, wpuszczając go do ponurego wnętrza. Panowała tu już atmosfera utraty i żałoby. Nawet Madame wydawało się teraz niemożliwe zwycięstwo w tej walce. Danina nie od zyskała świadomości od zeszłego rana.

– Przez całą noc martwiłem się o nią – przyznał doktor z zakłopotaniem.

Z twarzy starszej kobiety wyczytał, jak minęła noc. Danina ledwo oddychała. Zbadał jej puls i zmierzył temperaturę. Zaskoczyło go, że temperatura nieco opadła, tętno jednak było słabe.

– Dziewczyna walczy, i to z powodzeniem. Na nasze szczęście jest młoda i silna.

Nawet jednak młodzi umierali w Moskwie w zastraszającej liczbie, zwłaszcza dzieci.

– Przyjmowała trochę płynów?

– Od kilku godzin nie – przyznała Madame. – Nie bardzo mogłam skłonić ją do przełykania, bałam się. żeby się nie udusiła.

Skinął głową. W istocie nie mogli nic poradzić, uzgodnił jednak, że zostanie tu parę godzin. Jego starszy kolega, doktor Botkin, wydobrzał na tyle, że w razie konieczności mógł służyć pomocą następcy tronu. Doktor Obrażenski chciał być przy Daninie, gdyby miała umrzeć. Mógłby przynajmniej dodać otuchy przełożonej.

Siedzieli godzinami w milczeniu obok siebie, na twardych krzesłach w nagim pokoju. Niewiele mówili, od czasu do czasu lekarz badał chorą. Proponował, żeby Madame spróbowała chwilę odpocząć, póki on tutaj jest, ona jednak odmówiła. Nie chciała się oddalać od swojej ulubionej tancerki.

W południe Danina wydała wreszcie bolesne westchnienie i poruszyła się niespokojnie. Brzmiało to jak jęk cierpienia, kiedy jednak doktor raz jeszcze zbadał chorą, nie dopatrzył się w jej stanie niczego nowego, żadnej odmiany. Zdumiewało tylko, że dziewczyna tak długo trzyma się życia. Zaiste, zawdzięcza to swej młodości, sile organizmu i kondycji fizycznej. Aż dziw, że nikt inny w szkole baletowej nie złapał tej zarazy. Tylko Danina.

O czwartej po południu doktor Obrażenski był nadal na miejscu. Nie chciał odejść przed końcem. Madame zdrzemnęła się na krześle, doktor sam więc zauważył, że Danina zaczyna być niespokojna. Znowu kręciła się i pojękiwała, ale Madame była zbyt zmęczona, żeby to usłyszeć. Doktor zbadał ją i stwierdził słabą i nieregularną pracę serca. Uznał to za objaw rychłego końca. Puls był nierówny, chora miała trudności z oddychaniem, pojawiały się wszystkie oznaki, których lekarz się spodziewał. Gdybyż mógł jej ulżyć w tych ostatnich chwilach! Nie mógł jednak zrobić nic ponadto, że był przy niej. Po ponownym badaniu tętna ujął jej rękę i po prostu głaskał ją łagodnie, obserwując dziewczynę, patrząc w twarz młodą i śliczną, a tak teraz umęczoną chorobą. Przykro było mu to widzieć i czuć się zarazem tak bezużytecznym. Chciałby przywrócić ją do życia, do zdrowia, przypominało to jednak zmagania z demonami. Łagodnie dotknął jej czoła. Znowu poruszyła się niespokojnie i coś powiedziała. Zwracała się jak gdyby do przyjaciela czy do jednego z braci. A potem wymówiła pojedyncze słowo, otworzyła oczy i wpatrzyła się w niego. Sto razy widział takie sceny, był to ostatni poryw życia przed zgonem. Oczy miała szeroko otwarte. Wymówiła wyraźnie:

– Mamo, widzę cię.

– Cicho, cicho. Danino, jestem tutaj – uspokajał ją. – Teraz już wszystko będzie dobrze. Wkrótce miało być po wszystkim.

– Kim pan jest? – spytała chrapliwym, ochrypłym głosem, jakby go widziała.

Wiedział, że tak nie jest. Widziała jakieś majaki, ale na pewno nie lekarza.

– Jestem twoim lekarzem – powiedział cicho. – Przy szedłem, żeby ci pomóc.

– Och. – Na powrót zamknęła oczy, a głowa opadła jej na poduszkę. – Zobaczę się z moją matką.

Jak pamiętał, Madame mówiła, że dziewczyna ma tylko ojca i braci, pojął więc, o co jej chodzi.

– Nie chcę, żebyś to zrobiła – powiedział twardo. – Chcę, żebyś została tutaj ze mną. Potrzebujemy cię. Danino.

– Nie, muszę iść. – Z zamkniętymi nadal oczyma od wróciła od niego głowę. – Spóźnię się na lekcję i Madame będzie się gniewać.

Była to najdłuższa kwestia, jaką wypowiedziała od dwóch dni. Było jasne, że chce odejść albo wie, że musi.

– Na lekcję. Danino, musisz zostać tutaj… w przeciwnym razie Madame albo ja będziemy się bardzo gniewać. Otwórz oczy, Danino… otwórz oczy i spójrz na mnie.

Ku jego wielkiemu zdziwieniu zrobiła to i spojrzała w prawo, w jego stronę, niesamowitymi oczyma w drobnej, bladej twarzy, jakby skurczonej w gorączce.

– Kim pan jest? – powtórzyła, głosem znużonym, świadczącym o jej samopoczuciu, słabym jak ona sama. Tym razem lekarz wiedział, że go widzi. Łagodnie dotknął jej czoła. Po raz pierwszy od dwóch dni było wyraźnie chłodniejsze.

– Jestem Nikołaj Obrażenski, mademoiselle. Jestem pani lekarzem. Przysłała mnie jej cesarska mość.

Skinęła głową i na moment przymknęła oczy. a potem znowu je otworzyła, żeby wyszeptać:

– Widziałam pana w lecie przy Aleksym… w Liwadii… Pamiętała. Wróciła z zaświatów. Wciąż jeszcze miała przed sobą długą drogę, ale – jakkolwiek wydawało się to nieprawdopodobne – zły urok wreszcie się rozwiał. Doktor omal nie krzyczał z podniecenia, nie chciał jednak cieszyć się przedwcześnie. To jeszcze ciągle mógł być wybuch energii przed końcem. Nie wierzył na razie własnym oczom.

– Jeżeli pani wytrwa, w lecie nauczę panią pływać – podrażnił ją delikatnie, pomny ogólnego śmiechu, kiedy próbował ją uczyć Aleksy. Niemal się uśmiechnęła, czuła się jednak zbyt słaba, żeby zdobyć się na coś więcej niż spojrzenie.

– Ja muszę tańczyć. – Była jakby zmartwiona. – Nie mam czasu pływać…

– Ależ ma pani. Będzie pani musiała trochę wypocząć. Kiedy to mówił, szeroko otworzyła oczy. Znowu poczuł przypływ otuchy. Jego słowa docierały do niej.

– Muszę być jutro na lekcji.

– O, lepiej już dziś po południu – zakpił. Tym razem się uśmiechnęła, chociaż był to zaledwie grymas. – Strasznie pani leniwa. – Teraz on się do niej uśmiechnął, jakby wygrał walkę o jej życie. A przecież nie miał żadnej nadziei. Godzinę wcześniej wydawało się, że już po niej, aż tu ocknęła się i rozmawia.

– To pan jest strasznie niemądry – wyszeptała. – Nie mogę dzisiaj iść na lekcję.

– Dlaczego?

– Nie czuję nóg – powiedziała z troską. – Są jak z drewna, chyba nie mam w nich czucia.

Teraz on wyglądał na zatroskanego. Wyciągnął rękę, dotykając jej nóg pod kołdrą. Czuła dotyk, po prostu była zbyt słaba, żeby poruszyć nogą.

– Jest pani tylko osłabiona, Danino – uspokoił ją. – Poprawi się pani.

Wiedział jednak, że jeśli nawet dziewczyna rzeczywiście ocalała, a taka nadzieja zaczynała wreszcie świtać, chociaż do pokonania wszystkich trudności było jeszcze daleko, rekonwalescencja potrwa miesiącami. Jeżeli zaś rekonwalescentka ma naprawdę wydobrzeć, będzie wymagała troskliwej i fachowej opieki.

– Będzie pani musiała być bardzo grzeczna, dużo spać, jeść i pić. – Jakby chciał tego dowieść, zaproponował chorej łyk wody.

Tym razem przełknęła łyczek. Tylko jeden łyczek, to już jednak był wielki postęp. Kiedy odstawiał szklankę na stolik przy łóżku, Madame wzdrygnęła się i ocknęła, przerażona, że podczas jej snu stało się coś strasznego. Tym czasem jednak ujrzała, że Danina, słaba wprawdzie, lecz znowu żywa, blado uśmiecha się do doktora.

– Boże, to cud – wykrztusiła Madame, walcząc ze łzami ulgi i zmęczenia. Wyglądała prawie tak źle jak dziewczyna, tyle że nie miała gorączki i nie była chora. Była po prostu umęczona przerażeniem, że lada chwila straci Daninę.

– Dziecko, lepiej się czujesz?

– Trochę. – Danina skinęła głową, a potem znowu zerknęła na lekarza. – Chyba to pan mnie uratował.

– Nie, to nie ja. Chciałbym mieć tę zasługę, obawiam się jednak, że byłem całkiem bezużyteczny. Siedziałem tutaj, to wszystko. Madame uczyniła dla ciebie o niebo więcej niż ja.

– Bóg to sprawił – orzekła stanowczo Madame. – Bóg i twoja własna wytrzymałość.

Koniecznie chciała zapytać lekarza, czy teraz już dziewczyna wyzdrowieje, wiedziała jednak, że nie może zadać tego pytania przy chorej. Danina rzeczywiście wyglądała znacznie lepiej. Wydawała się raźniejsza, mocniejsza, kryzys chyba minął. Byli już tak pewni, że ją stracą, że Madame jeszcze ciągle drżała.

– Kiedy będę mogła znowu tańczyć? – zapytała dziewczyna lekarza, a on roześmiał się wraz z Madame. Rzeczywiście czuła się lepiej.

– Nie w najbliższym tygodniu, zapewniam, moje dziecko. Uśmiechał się, mówiąc to. Nie w najbliższych miesiącach: wiedział jednak, że za wcześnie mówić jej o tym. Nie trudno było pojąć, że jeśli powie jej prawdę, dziewczyna zacznie szaleć ze zmartwienia i poczucia winy.

– Niedługo. Jeżeli będziesz grzeczna i zrobisz wszystko, co zalecę, niebawem staniesz na nogi.

– Mam jutro ważną próbę – podkreśliła.

– Coś mi się zdaje, że ją opuścisz. Nie czujesz nóg, pamiętasz?

– Jak to? – zatrwożyła się Madame, pospieszył ją jednak uspokoić.

– Przed chwilą nie czuła nóg, ale nic im nie jest. Jest po prostu bardzo osłabiona gorączką.

W chwilę później, kiedy próbowali ją posadzić, by podać coś do wypicia, okazało się, że nawet to przekracza jej siły. Mogła tylko unieść nieco głowę z poduszki.

– Czuję się jak ucięta nitka – powiedziała obrazowo, a Obrażenski uśmiechnął się do niej łagodnie.

– Wyglądasz jednak trochę lepiej. Właściwie dużo lepiej, chyba więc wrócę do innych moich pacjentów, zanim za pomną, jak wyglądam.

Minęła szósta. Był już przy chorej od trzynastu godzin, obiecał jednak, że wróci nazajutrz rano. W drodze do wyjścia Madame, po stokrotnych podziękowaniach, zapytała, co im teraz grozi.

– Długa, bardzo długa rekonwalescencja – odpowiedział uczciwie. – Musi spędzić co najmniej miesiąc w łóżku albo narazi się na nawrót choroby, a za drugim razem może nie mieć tyle szczęścia.

Na samą myśl o tym Madame wzdrygnęła się z przerażenia.

– Minie wiele miesięcy, zanim znowu będzie mogła tańczyć. Trzy, może cztery. Może jeszcze dłużej.

– Jeżeli będzie trzeba, uwiążemy ją w łóżku. Słyszał pan, jaka ona jest. Będzie błagała, żeby pozwolić jej tańczyć już jutro rano.

– Sama będzie zaskoczona, jaka jest słaba. Musi być cierpliwa, to potrwa.

– Rozumiem – z wdzięcznością powiedziała Madame i raz jeszcze wyraziła mu tę wdzięczność przy pożegnaniu. A kiedy zamknęła za nim drzwi, ruszyła powoli z powrotem do pokoju Daniny, myśląc, jakie spustoszenie przy niosłaby śmierć dziewczyny i jakie wszyscy mają szczęście, że jej nie stracili. Była bezgranicznie wdzięczna carycy, że przysłała im doktora. Niewiele mógł poradzić, ale już sama jego tutaj obecność bardzo dodawała im otuchy. Z jego strony też było to poświęcenie, tak długo pozostawać przy Daninie.

Kiedy zaś Madame wróciła do pokoju Daniny, rzuciła okiem na młodą kobietę, którą tak bardzo kochała, i musiała się uśmiechnąć. Danina leżała w łóżku i wyglądała jak małe dziecko. Z cieniem uśmiechu na ustach spała najgłębszym snem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Zgodnie z obietnicą doktor Obrażenski zajrzał do Daniny nazajutrz, tym razem jednak dopiero po południu, wiedział bowiem, że niebezpieczeństwo minęło. Zbudowany był widokiem chorej, która już je i pije. Wciąż jeszcze z trudem odrywała głowę od poduszki, ale powitała go uśmiechem. Najwyraźniej ucieszyła się z jego wizyty.