Rozzłościł się.

– Naturalnie tego nie zrobiłem! Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby odkryć przed nią swoje uczucia. Źle ją oceniasz. Nawet jej nie widziałaś.

Nie, i wcale za tym nie tęsknię, pomyślała Marie – Louise ze złością.

– I co dalej? – spytała oschłym tonem, kiedy milczenie stało się kłopotliwe.

– Ach, tak, przepraszam! Dziadek wręczył każdemu z nas niewielki przedmiot, coś w rodzaju kodu lub klucza. Poprosił nas, byśmy po kolei uciekli za granicę. Najpierw Svetla, potem Jan, jako najmłodszy, następnie Stefan, Karel na koniec ja. Mieliśmy się przedostać do Chateau Germaine w Prowansji i spotkać wszyscy razem pierwszego października tego roku. To już za parę dni. Klucze, które dostaliśmy i które nie wyglądają wcale jak zwykłe klucze, należy włożyć równocześnie do sejfu znajdującego się v podziemiach willi. Przyjaciel dziadka w ciągu minionych lat pomnożył przekazaną fortunę. Teraz ten ogromny majątek stanie się naszą własnością.

Marie – Louise siedziała z podkurczonymi nogami na swoim łóżku i słuchała. Andre zmęczony usiadł wygodniej na jedynym w tym pokoju krześle.

Jednoczesne włożenie kluczy ma zagwarantować, ze każdy dostanie swoją część. Środki bezpieczeństwa są konieczne, Malou. Przyjaciel dziadka nie żyje, jego duch bezinteresowności już nie panuje w tamtym domu. Jan zmarł w tajemniczych okolicznościach…

– Jan? Twój przyrodni brat?

– Tak. Zabili go i ukradli jego „klucz”.

– Oni? Myślisz o hrabim i hrabinie?

– Nie mam żadnego dowodu. Jan dotarł tutaj i nie żyje. I niewiele brakowało, a usunęliby także mnie.

– A pozostali?

– Stefan już tu jest. Karel nie dał znaku życia. A Svetla jest w drodze.

– Ale skoro wiedziałeś, jakie to niebezpieczne, to dlaczego przyjechałeś do Chateau Germaine?

Odwrócił głowę w jej stronę.

– Naturalnie z powodu Svetli! Przybędzie tu niczego nie podejrzewając, biedne dziecko. Muszę ją ochraniać.

– A policja? Nie zawiadomiliście jej?

– Droga Malou, majątek dziadka jest ogromny! Przez lata ukrywano go na terenie Francji. Jak myślisz, co by na to powiedział francuski rząd?

Marie – Louise poruszyła się niespokojnie.

– Przyznam, że jestem nieco rozczarowana. W tym wszystkim dominuje chciwość i żądza pieniądza.

Sposępniał.

– Mnie to nie interesuje. Myślę tylko o Svetli. Zasłużyła na każdy frank. Dostanie również moją część. Dlatego chciałbym jeszcze trochę pożyć.

– Czy jesteś poważnie chory?

– Nie chcę mówić o sobie – rzucił ostro.

– No dobrze – westchnęła. – Co mam zrobić?

– Musisz przynieść mój klucz.

Na moment zaparło jej dech w piersiach.

– Byłem zbyt oszołomiony i zapomniałem go zabrać ze sobą. Siedzę tu teraz i przeklinam własną bezmyślność.

Zwłaszcza że właściwie całkiem łatwo go znaleźć. W parku za domem znajduje się niewielki pawilon. Stoi on na podmurówce z kamiennych bloków. Znajdź czwarty kamień od dołu w trzecim rzędzie po prawej stronie schodów. Jest obluzowany. Za nim właśnie schowany jest mój „klucz”.

– Lepiej pójdę od razu – powiedziała, wstając. – Muszę się pospieszyć, zanim się rozwidni.

Pożegnał ją, udzielając na drogę mnóstwa rad i wskazówek, jak powinna poruszać się po parku.

– Zaraz wracam – obiecała Marie – Louise. – Na razie jesteś tu bezpieczny. Co prawda, wdowa umówiła się ze swoim bratem, że przejmie on obowiązki w zakładzie pogrzebowym na czas jej pobytu w szpitalu, jednak nie nastąpi to wcześniej niż za dwa dni. W tym okresie biuro będzie nieczynne.

Andre podszedł do Marie – Louise i ujął jej twarz w swoje dłonie.

Nie wiem, jak ci dziękować, Malou. Wprawdzie kocham całym sercem Svetlę, teraz jednak potrzebuję przyjaźni, którą zresztą cenię bardziej niż miłość. W zamian mogę ci i ofiarować moją przyjaźń, jeżeli zechcesz ją przyjąć.

Nie była w stanie nic odpowiedzieć, skinęła tylko głową i wybiegła.

Bez trudu dostała się do parku i znalazła pawilon. W świetle księżyca odszukała właściwy kamień. Za nim leżał płaski plastikowy przedmiot przypominający kasetę. Wsunęła go do torebki i ruszyła w powrotną drogę.

Nagle się zatrzymała i przykucnęła za kępą krzaków. W jej stronę zbliżała się ponura procesja. Czworo ludzi dźwigało trumnę.

ROZDZIAŁ III

Niosący trumnę, w której, jak Marie – Louise wiedziała, znajdowały się kloce drewna, podeszli całkiem blisko. Najwidoczniej nie zgłosili zgonu nigdzie poza zakładem pogrzebowym. Andre mieszkał w Chateau Germaine zaledwie kilka dni, nikt w mieście nie wiedział nawet, że tu się zatrzymał. Nie było trudno pozwolić mu zniknąć bez śladu. Nikt się nie dowie o zarazie, nie będzie kłopotliwych przesłuchań i dochodzenia…

Marie – Louise skuliła się bardziej w zaroślach, ciesząc się, że ma na sobie ciemne ubranie i dzięki temu zlewa się w jedną całość z otoczeniem.

Procesja nie przeszła obok. Zatrzymała się w pobliżu drzew cyprysowych.

– Tutaj – powiedział cicho hrabia. – Tutaj będzie odpowiednie miejsce.

– Prawdziwy cmentarz – mruknął Etienne. Marie – Louise oblał zimny pot. Znaleźli się całkiem blisko jej kryjówki. Widziała ciemne sylwetki pomiędzy cyprysami.

Mężczyźni zaczęli kopać, hrabina dreptała nerwowo tam i z powrotem.

– Pospieszcie się! – szepnęła. – Zaraz się rozwidni. Jak myślicie, czy prawdopodobieństwo zarażenia się jest duże? – spytała z lękiem.

Hrabia stęknął, prostując plecy.

– Dla nas? Nie ma żadnego. A Joseph i Etienne, którzy znosili go do piwnicy, wyszorowali się dokładnie i zdezynfekowali od stóp do głów. Cały dom został wy sprzątany, a część rzeczy, których Andrej mógł dotykać, spalona. Nie, nie ma żadnego niebezpieczeństwa.

– A co z innymi ludźmi, których spotkał, zanim tu przyjechał?

– Co to nas obchodzi?

Etienne przestał kopać i oparł się na łopacie. W zamyśleniu przyglądał się trumnie.

Poza tym nie wiemy, czy dziewczyna miała pojęcie czym mówi. To mogło być coś całkiem niegroźnego. Czy nie powinniśmy otworzyć trumny?

O, nie, pomyślała Marie – Louise. Zaczęły jej już cierpnąć nogi.

– Po co mielibyśmy to robić? – spytała ostro hrabina Narażać się na takie ryzyko?

– No dobrze, myślałem tylko… – w głosie Etienne'a i zabrzmiała przebiegłość. – A może powinniśmy przebić mu serce?

Etienne! – syknęli jednocześnie hrabina i hrabia.

Głos hrabiego brzmiał jednak łagodniej.

– A pamiętacie historię tej dziewczyny?

– Ludzkie gadanie! Chyba w to nie wierzysz?

– Zmarła z powodu niedokrwistości – mówił dalej bezlitośnie Etienne. – To bardzo dziwna przyczyna śmierci. Jej przypadek wywołał ogromne poruszenie w całych Białych Karpatach. A jak to było z jego pradziadem, do którego Andrej tak bardzo jest podobny?

– Jak możesz z tego żartować? – oburzyła się hrabina.

– Zamilcz wreszcie, Etienne! – syknął wściekły hrabia. – Nie chcemy słuchać tych bzdur.

– Dobrze, już dobrze – odparł Etienne pojednawczo.

– Ale musicie przyznać, że Andrej zawsze stanowił za gadkę. Skąd się tu wziął? Czy był w istocie przyrodnim bratem Jana? Kto to może teraz potwierdzić, kiedy oboje rodzice nie żyją?

– Kop dalej i skończ z tym bzdurnym gadaniem – mruknął hrabia.

Marie – Louise ogarnęło przerażenie. Siedzenie bez ruchu w tej samej pozycji zaczęło być uciążliwe. Bolały ją nogi i wydawało się, że tamci nigdy nie skończą.

Ostrożnie sprawdziła, czy kaseta jest na swoim miejscu w torebce.

Andrej? Czy on tak nazwał Andre? Karel, Jan, Stefan, Svetla…

Te imiona całkiem wyraźnie wskazywały ich ojczyznę na mapie Europy. No i Białe Karpaty…


Wreszcie dół okazał się wystarczająco głęboki i mężczyźni wśród przekleństw z ogromnym wysiłkiem opuścili trumnę.

– Niech Bóg się zlituje nad jego duszą – wymamrotała hrabina.

– Będzie tego potrzebował – odparł Etienne. – Ale nie sądzę, by jakiekolwiek modlitwy tu pomogły.

Marie – Louise z trudem wytrzymywała ból w nogach. I kiedy tamci w końcu poszli, tłumiąc jęk powoli się podniosła i chyłkiem wymknęła z ukrycia. Pragnęła znaleźć się jak najdalej od tych zarośli i Chateau Germaine.

Nie zdążyła jednak opuścić parku, kiedy usłyszała stłumiony krzyk, dochodzący od strony willi. Nie pozostało jej nic innego, jak uciekać dalej w nadziei, że z tej odległości jej nie rozpoznano. Nie, na pewno, dostrzegli zaledwie poruszający się cień.

To jednak wystarczyło. Ktoś przebywał w parku, gdy mieszkańcy willi zakopywali trumnę. Nie mieli pewności, czy był świadkiem potajemnego pogrzebu. Marie – Louise znalazła wyłom w murze, o którym wspomniał Andre. Kiedy dotarła do pierwszych zabudowań, usłyszała warkot zapalanego silnika samochodu, dochodzący od strony Chateau Germaine. Biegła przez ogrody i pola, przeskakiwała ogrodzenia, cały czas z dala od głównej drogi. Miała tę przewagę, że słyszała samochód i mogła trzymać się w bezpiecznej odległości od niego.

W końcu przeskoczyła przez parkan jakiegoś ogrodu i zatrzymała na chwilę, próbując się zorientować, gdzie jest. Na płocie siedział kot i patrzył na nią obrażony, widocznie przeszkodziła mu w polowaniu.

Samochód tymczasem zahamował i wokół zapadła cisza.

Marie – Louise rozpoznała najbliżej stojący budynek. To tylna ściana poczty.

Nagle przyszedł jej do głowy genialny pomysł. Tak przynajmniej sądziła. Zaczęła gorączkowo przeszukiwać torebkę. Przydałby się jakikolwiek papier.

Jedyne, co znalazła, to szara koperta z listem adresowanym do niej. Dobrze, można ją wykorzystać, bo jest rozerwana.

Chyba nie zasłużyła na tyle szczęścia. A może jednak… Ryzykowała przecież swoje życie dla mężczyzny, który ubóstwiał inną kobietę o dziwnym imieniu Svetla.

Z niemałym trudem zamazała swój dotychczasowy adres na kopercie i wpisała obok nowy, do domu wynajętego niedawno w sąsiedniej okolicy. Następnie ostrożnie zerwała stary znaczek. Znalazła w torebce kilka zapasowych i nakleiła wszystkie, żeby wystarczyło na opłacenie przesyłki. Potem wsunęła do środka kasetę i pośliniła brzegi koperty, mając nadzieję, że pozostało na nich wystarczająco dużo kleju. Skulona bezszelestnie skradała się w stronę skrzynki pocztowej, stojącej po drugiej stronie ulicy. Musiała zaryzykować.

Rozejrzała się w lewo i prawo, samochodu nie było widać. Jak duch posuwała się wzdłuż chodnika. Wreszcie list zniknął w skrzynce, głucho uderzając o dno. Wystraszyła się, że ktoś mógł to usłyszeć.

Ale wkoło panowała cisza. No, teraz mogą ją schwytać. Żadnego „klucza” przy niej nie znajdą!

Ale oczywiście nie zamierzała poddać się tak łatwo. Zaczęła się przemykać z powrotem do domu wdowy. Ostatni rzut oka w jedną i drugą stronę, a teraz do furtki. No, nareszcie była bezpieczna.

W następnym okamgnieniu poczuła, że ktoś wykręca jej ramię do tyłu. Jęknęła z bólu. A potem doznała dziwnego wrażenia i pogrążyła się w gęstej, nieprzeniknionej ciemności.


Marie – Louise usiadła na łóżku. Udało się, wszystko sobie przypomniała. Kiedy po jakimś czasie odzyskała przytomność, znajdowała się w tym szpitalu, gdzie zaopiekował się nią miły doktor Monier.

A Andre? Co się z nim stało? Pozostał sam w domu wdowy, chory i bezradny. Czy wpadli na jego trop?

Zapach szpitalny był rzeczywiście intensywny, prawie nie do zniesienia.

Znaleziono ją ponoć w górach niedaleko Grasse. Co mogła tam robić? Wiedziała o tym mieście tylko tyle, że słynie z produkcji perfum. Napastnicy musieli ją widać przenieść do samochodu i wywieźć aż tam, żeby nie trafiła z powrotem do miasta.

Dotknęła palcami bolącej szyi. Poniżej ucha wyczula opuchliznę.

Jak długo właściwie przebywała w szpitalu? Wdowa miała atak po południu. W nocy Marie – Louise czuwała przy „zwłokach” w willi i tuż przed świtem wpadła w pułapkę przy wejściu do domu chlebodawczyni. Brat właścicielki zakładu miał przyjechać za dwa dni. Dzisiaj przypada więc druga noc pobytu w szpitalu. A to znaczy, że krewny wdowy przyjedzie za parę godzin i znajdzie w domu nieproszonego gościa. O ile Andre nadal tam jest. O ile jego także nie porwali.

Nie, skąd mogliby wiedzieć, że się tam ukrywa? Sądzili przecież, że go pochowali. To jej chcieli się pozbyć, niewygodnego świadka.

No i chcieli zdobyć „klucz” należący do Andre. Nie wiedzieli jednak, że to po kasetę przyszła do parku. Na szczęście ten cenny przedmiot był teraz bezpieczny.

Ostrożnie, ale zdecydowanie Marie – Louise zsunęła stopy na podłogę. Musi odnaleźć doktora Monier i poprosić o pomoc. Sama sobie nie poradzi. Powinna przecież znaleźć dla Andre nową kryjówkę i jakoś dostarczyć mu kasetę.

Pokój zawirował dookoła i Marie – Louise musiała się przytrzymać poręczy łóżka.

Nie, nie może szukać pomocy u doktora. Andre powierzył jej swą tajemnicę i ufał, że go nie zawiedzie.

Ale cudownie byłoby móc zrzucić z siebie całą odpowiedzialność…