Miłość Silniejsza Niż Śmierć

Tytuł oryginalny: No greater love

Tłumacz: Rudolf Ewa, Rudolf Ryszard

Dla Beatrix,

słodkiej i wyjątkowej,

która napełnia moje serce radością,

a duszę miłością i uwielbieniem.

Dzielna dziewczyno,

niechaj życie

oszczędza Ci zmartwień

i niepokoju,

niechaj Ci upływa wśród osób serdecznych,

łagodnych wiatrów, słonecznych dni,

a jeśli pewnego dnia

powieje gwałtowny wicher,

pamiętaj o naszej miłości.

I dla Johna,

którego bardziej niż ja

nikt nigdy nie kochał

i nigdy nie będzie kochał.

Nie ma na świecie miłości większej od tej,

którą wraz z sercem i całym moim życiem

dałam Ci na zawsze.


Rozdział pierwszy

12 kwietnia

1912 roku


Ciszę panującą w przestronnej jadalni przerywało jedynie tykanie dużego ozdobnego zegara stojącego na kominku, czasami zakłócał ją także szelest nakrochmalonych lnianych serwetek. W olbrzymim, przeraźliwie zimnym pokoju siedziało przy stole jedenaście osób. Edwinie, gdy z trudem rozprostowywała zgrabiałe od chłodu palce, błysnął w bladym świetle poranka pierścionek zaręczynowy. Uśmiechnęła się do własnych myśli i skierowała oczy w stronę rodziców siedzących przy drugim końcu stołu. Nie dała się nabrać na pozorną powagę ojca, który utkwił wzrok w talerzu, w kącikach jego ust dostrzegła bowiem z trudem skrywane rozbawienie. Mogłaby przysiąc, że pod stołem trzymają się z matką za ręce. Ci dwoje zawsze byli pochłonięci sobą. Przy każdej okazji szeptali i uśmiechali się do siebie czule, przekomarzając się przy tym, nikogo zatem nie dziwiło, że mają aż sześcioro dzieci. Pomimo tego Kate Winfield w wieku czterdziestu jeden lat wciąż wyglądała jak młoda dziewczyna. Zachowała gibką, wciętą w talii figurę, a gdy spacerowała z najstarszą córką Edwiną, z daleka trudno je było odróżnić. Edwina odziedziczyła po matce wysoki wzrost, lśniące ciemne włosy i przepastne lazurowe oczy. Były sobie bardzo bliskie, całą rodzinę zresztą łączyły więzy serdecznej przyjaźni. W domu Winfieldów nigdy nie było dość śmiechu, przekomarzanek, rozmów, pieszczot i figli, a każdy dzień przynosił nowe radości i psoty.

Edwinie trudno było zachować powagę, gdy widziała swego młodszego brata George'a wydychającego obłoki pary w arktyczną atmosferę jadalni, którą wuj Rupert, dla innych lord Hickham, lubił utrzymywać w temperaturze nieco niższej niż panująca na biegunie północnym. Dzieci Winfieldów nawykły do zupełnie innych warunków. Wychowały się przecież w łagodnym klimacie Kalifornii, pośród wygód i w gorących promieniach słońca. Winfieldowie przybyli do Anglii przed miesiącem aż z San Francisco, aby odwiedzić wujostwo przy okazji ogłoszenia zaręczyn Edwiny. Jednocześnie po raz drugi miały ulec odświeżeniu więzy rodzinne ze starym krajem. Dwadzieścia cztery lata wcześniej Elizabeth, siostra Kate, wyszła za mąż za lorda Ruperta, zostając wicehrabiną i panią na Havermoorze. W wieku dwudziestu jeden lat spotkała o wiele starszego od siebie lorda Hickhama, bawiącego wraz z przyjaciółmi w Kalifornii, i zadurzyła się w nim bez pamięci. Prawie ćwierć wieku później jej siostrzeńcy i siostrzenice nie mogli sobie tego wyobrazić. Lord Hickham najwyraźniej nie był człowiekiem zbyt gościnnym, a już z pewnością niechętnie przebywał w towarzystwie gromadki rozbrykanych dzieci. Do wszystkiego podchodził z rezerwą, uśmiech zdawał się nigdy nie gościć na jego zafrasowanym obliczu. Co nie znaczy, że nie lubił swych krewnych, tyle że, jak przekonywała ciotka Liz, nie mając własnych potomków, nie był przyzwyczajony do dzieci.

Tłumaczyłoby to jego rozdrażnienie spowodowane psotą George'a: gdy wuj Rupert wybrał się z jego ojcem na polowanie, chłopiec wrzucił krewniakowi do piwa parę kijanek. Inna rzecz, że Rupert już dawno zrezygnował z posiadania własnych dzieci. Kiedyś, przed laty, chciał mieć spadkobiercę Havermooru oraz innych rozległych włości, z czasem okazało się jednak, że los zrządził inaczej. Pierwsza żona Ruperta zmarła przy porodzie po kilku wcześniejszych poronieniach, a gdy siedemnaście lat później ożenił się z Liz, ona także nie mogła mu dać potomka. Przy każdej kłótni winił ją za to, choć naprawdę nie marzył o tak licznej czeredce jak Bertrama i Kate, a gdyby już do tego doszło, na pewno chciałby, aby jego dzieci miały lepsze maniery. "To niesłychane – mówił do żony – żeby dzieciom na wszystko pozwalać. Cóż, to typowe dla Amerykanów. Żadnego poczucia godności, brak opanowania, ani śladu wykształcenia, nie mówiąc już o dyscyplinie." Odetchnął z ulgą na wieść o małżeństwie Edwiny z młodym Charlesem Fitzgeraldem. "Może dla niej nie wszystko jest jeszcze stracone" – z sarkazmem powiedział do Liz.

Hickhamowi mocno doskwierała siedemdziesiątka, toteż nie był zachwycony, gdy Kate listownie poprosiła siostrę o gościnę dla całej rodziny. Przyjazd Winfieldów do Havermooru, mający nastąpić po spotkaniu w Londynie z Fitzgeraldami i ogłoszeniu zaręczyn, napawał Ruperta obawą. "Co? Ze wszystkimi dziećmi?" – przeraził się, gdy Liz nieśmiało sondowała go przy śniadaniu. Zbliżało się Boże Narodzenie, ale goście mieli zawitać dopiero w marcu, Liz miała więc nadzieję, że w końcu uda jej się przekonać męża. Marzyła o spotkaniu z siostrą i jej dziećmi, marzyła o tym, by przeraźliwie puste dni jej życia małżeńskiego zapełniły się choć na krótko. W ciągu dwudziestu czterech lat pożycia z Rupertem w Havermoorze znienawidziła to miejsce. Tęskniła za szczęśliwymi latami młodości, spędzonymi z siostrą w Kalifornii.

Rupert był człowiekiem trudnym we współżyciu i wyobrażenia Liz o małżeńskim szczęściu nigdy się nie spełniły. Z początku imponowały jej wytworne maniery męża, jego arystokratyczne pochodzenie i nadzwyczajna uprzejmość. Oczarował ją opowiadaniami o "cywilizowanym" życiu w Anglii. Dzieliła ich jednak ogromna różnica wieku – dwadzieścia pięć lat! Gdy Liz przybyła do Havermooru, zaskoczył ją ponury wygląd i opłakany stan dworu. W owym czasie Rupert posiadał dom w Londynie, ale wnet okazało się, że nigdy tam nie bywa. Po czterech latach, w ciągu których nie byli w nim ani razu, Rupert sprzedał londyński dom jednemu ze swych przyjaciół. Liz w nadziei, że dzieci poprawią ten stan rzeczy, zapragnęła mieć liczną rodzinę. Chciała słyszeć młode głosy rozpraszające bezdenny smutek ponurych pokojów, lecz po latach daremnego oczekiwania na dziecko utraciła wszelką nadzieję. Ożywiała się tylko w czasie rzadkich spotkań z rodziną Kate w San Francisco. W końcu i tej radości została pozbawiona, gdyż najpierw ze względu na stan zdrowia Ruperta musieli ograniczyć podróże, na koniec zaś pewnego ranka jej mąż oznajmił, że jest za stary na szwendanie się po świecie. Reumatyzm, podagra i podeszły wiek przywiązały go na stałe do domu, a że wymagał nieustannej opieki, Liz także nie opuszczała Havermooru. Częściej niż się do tego przyznawała, marzyła o powrocie do San Francisco, gdzie nie była od wielu lat. Tym bardziej więc zależało jej na przyjeździe Kate i dzieci, toteż była wdzięczna Rupertowi, gdy w końcu wyraził zgodę. "Niech przyjadą, byleby nie zostali tu na zawsze" – powiedział z przekąsem.

Spotkanie z dawno nie widzianą rodziną spełniło wszelkie oczekiwania Liz. Szczęśliwe, pełne radości dni upływały niepostrzeżenie. Ziściły się jej marzenia o długich spacerach z siostrą po ogrodzie. Kiedyś trudno je było odróżnić, a teraz Liz nie mogła się nadziwić, że Kate nadal wygląda młodzieńczo i ślicznie. I nie było wątpliwości, że wciąż jest zakochana w Bercie. Na ich widok Liz znów poczuła żal, że wyszła za Ruperta. Przez te wszystkie lata zastanawiała się, jak by się potoczyło jej życie, gdyby nie została lady Hickham, a wyszła za mąż w Stanach.

Ona i Kate jako dziewczęta były takie beztroskie i szczęśliwe pod opieką kochających rodziców! Obie wprowadzono do towarzystwa, gdy miały po osiemnaście lat, i przez krótki okres razem chodziły na proszone kolację, bale i przyjęcia, potem jednak – za szybko, zdecydowanie za szybko – pojawił się Rupert i zabrał Liz do Anglii. I chociaż spędziła tu więcej niż połowę życia, nigdy nie czuła się na wyspie jak u siebie. Przez ten czas nie zdołała zmienić niczego, co Rupert ustalił w Havermoorze przed jej przybyciem, czuła się więc w posiadłości prawie jak gość, i to gość niezbyt mile widziany, skoro bowiem nie urodziła mężowi spadkobiercy, jej obecność tutaj wydawała się bezcelowa.

Jej życie tak bardzo się różniło od życia Kate! Wiedziała, że siostra nie potrafi jej zrozumieć – miała przecież przystojnego ciemnowłosego, młodego jeszcze męża i szóstkę cudownych dzieci, które niczym dary niebios w regularnych odstępach czasu przychodziły na świat w ciągu dwudziestu dwóch szczęśliwych lat ich małżeństwa. Trzej synowie i trzy córki Winfieldów, wszyscy pełni życia i zdrowi, odziedziczyli po rodzicach urodę, inteligencję i poczucie humoru. Wydawać się mogło, że Bóg obdarował zbyt szczodrze Bertrama i Kate, mimo to patrząc na nich nikt nie miał wątpliwości, iż zasługują na te dary. Liz co prawda zazdrościła siostrze od lat, lecz obca była jej zawiść. Szczęście Kate i Berta uważała za oczywiste, tak byli dobrzy, mili i uczciwi. Na ich widok wzbierała w jej sercu tęsknota za tym, czego nigdy nie doświadczyła – za miłością dziecka i czułego, kochającego męża.

Życie z Rupertem uczyniło z niej osobę przygaszoną i zamkniętą w sobie. Niewiele miała teraz do powiedzenia, nie było też komu tego powiedzieć. Właściwie nigdy zbytnio nie obchodziła męża, który całą uwagę poświęcał swoim posiadłościom, polowaniom na kaczki, kuropatwy i bażanty, a wcześniej także hodowli psów i koni. Żona zawsze znaczyła dlań niewiele, jeszcze mniej ostatnio, gdy podagra dawała mu się mocno we znaki. Potrzebował Liz, aby podała mu kieliszek wina, zadzwoniła po służbę, pomogła w przygotowaniu do snu, jego sypialnia wszakże znajdowała się daleko od jej pokoju, po drugiej stronie holu. Tak było od lat, odkąd lord Hickham pojął, że nie doczeka się od niej potomka. Dlatego też dla Liz przyjazd Winfieldów był niczym podniesienie żaluzji, zerwanie zasłon, wpuszczenie do zimnego dworu słońca i świeżego tchnienia kalifornijskiej wiosny.

Z miejsca, gdzie siedziały dzieci, dobiegły Liz i Kate odgłosy cichej czkawki, a następnie stłumiony chichot. Kobiety uśmiechnęły się do siebie. Od przyjazdu rodziny Liz jakby odmłodniała o dziesięć lat, obecność Winfieldów wyraźnie podniosła ją na duchu. Kate z przykrością patrzyła na przedwcześnie postarzałą siostrę, dręczyła się myślą o jej samotności i życiu w ponurym otoczeniu, w domu, którego nienawidziła, z mężczyzną, który niewątpliwie nie darzył jej miłością ani teraz, ani nigdy przedtem. W dodatku Liz z każdą chwilą była smutniejsza, świadoma rychłego rozstania z bliskimi. Za niecałą godzinę już ich tu nie będzie i Bóg jeden wie, kiedy znowu przyjadą do Anglii! Kate zaprosiła ją do San Francisco, by pomogła w przygotowaniach do ślubu Edwiny, Liz wszakże wiedziała, że nie będzie mogła zostawić Ruperta na tak długo. Mimo to obiecała przyjechać do Ameryki w sierpniu.

Odgłosy czkawki znów dobiegły uszu Kate. Popatrzyła w stronę dzieci i zatrzymała wzrok na prawie sześcioletniej Alexis. George mówił jej coś na ucho, mała zaś ledwie hamowała chichot.

– Pss… – szepnęła Kate i uśmiechnęła się do nich, zerkając spod oka na Ruperta. Ich śniadania w Kalifornii wyglądały zazwyczaj jak piknik w święto Czwartego Lipca, ale tutaj musieli się zachowywać przyzwoicie.

Trzeba przyznać, że dzieci były nadspodziewanie grzeczne i stosowały się do wymagań Ruperta, który z wiekiem jakby nieco złagodniał. Kilka razy zabrał nawet szesnastoletniego Filipa na polowanie i choć chłopiec wyznał ojcu, że nienawidzi tych wypraw, wobec wuja był zawsze uprzejmy i starał się okazywać mu wdzięczność. Tyle że Filip starał się być miły dla każdego, bo taki już był: układny, taktowny i ujmujący, wydawał się jak na swój wiek nad wyraz dojrzały. Wyglądał na więcej niż szesnaście lat i był zdecydowanie najmądrzejszym, najbardziej odpowiedzialnym dzieckiem Winfieldów. Nie mówiąc oczywiście o Edwinie, ona jednak liczyła sobie dwadzieścia lat i niebawem miała założyć własną rodzinę, która powinna się w ciągu roku powiększyć. Kate nadal nie mogła uwierzyć, iż jej najstarsza córka już na tyle dorosła, że wychodzi za mąż i pewno urodzi wkrótce dziecko.

Winfieldowie wracali do domu, aby przygotować wesele. Do Stanów jechał z nimi także dwudziestopięcioletni Charles, narzeczony Edwiny, zakochany w niej po uszy. Spotkali się przypadkiem poprzedniego lata w San Francisco i odtąd niemal nie rozstawali. Ślub zaplanowano już na sierpień, dlatego wieźli całe jardy pięknego materiału w kolorze kości słoniowej, który Edwina i Kate kupiły w Londynie na suknię ślubną. W San Francisco krawcowa Kate wyhaftuje suknię maleńkimi perełkami, welon zaś uszyje Francuzka, która właśnie przybyła z Paryża do Londynu, a lady Fitzgerald przywiezie go w lipcu, przybywając na ślub.