Podniósł Sindrego, który potknął się o jego nogi w swym gorączkowym pragnieniu, by być jak najbliżej Garda i jednocześnie jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz.

– Mam cię pozdrowić od mamy – powiedział, podnosząc chłopca do góry. – Czuje się znacznie lepiej.

Mały nie zareagował. Drżała mu broda.

– No? – Gard potrząsnął nim delikatnie. – Przecież tak ładnie dziś ze mną rozmawiałeś?

Chłopiec bąknął mu coś niewyraźnie do ucha.

– Co takiego?

Nieco głośniejsze mamrotanie, ale równie niewyraźne.

– Mów tak, żeby cię można było zrozumieć!

Wreszcie Gard odszyfrował słowa wycedzone przez zaciśnięte zęby.

– Nie wolno mi mówić.

– Nie wolno ci mówić? Co to za bzdury?

Sindre był ponury i przybity jak u dentysty.

Lecz gdy wyszli ze szpitala, nastrój małego od razu znacznie się polepszył, ponieważ gdzieś w górze krążył helikopter jak jakaś natrętna mucha.

– Popatrz, tato!

Nie jestem twoim tatą, zamierzał już oświadczyć Gard, lecz się powstrzymał, ponieważ nie chciał znowu oglądać tych pytających oczu, szeroko otwartych ze zdumienia. Przecież jutro i tak odda chłopca i w ten sposób skończą się wszystkie problemy.

– Tak, widzę. Helikopter.

– Helikopter – powtórzył powoli Sindre z namaszczeniem w głosie.

A więc jednak możesz mówić, ty mały oszuście, jeśli tylko chcesz, pomyślał Gard.

Miałby ochotę wlać w to dziecko trochę energii, napełnić jego życie radością i poczuciem bezpieczeństwa, ale to przestała już być jego sprawa.

I tak zrobił dla niego bardzo dużo.

ROZDZIAŁ X

Jechali po raz ostatni do domu, by odbyć wieczorną ceremonię. Najpierw picie herbaty i mleka w maleńkiej kuchni, dzień w dzień przedłużane w nieskończoność. Jak się okazało, jedzenie jednej jedynej kanapki można celebrować godzinami.

Potem kąpiel i skok na przygotowaną do spania kanapę. Pluszowy kot czekał już na miejscu. Następnie Gard zaczynał opowiadać wymyśloną przez siebie bajkę o Sindrem, samochodzie i kocie, każdego wieczoru tę samą: chłopiec ratował kota ze strasznej pułapki w ciemnym lesie. Pojawiał się też wielki i zły troll, ale na szczęście samochód Garda zawoził ich obu do domu i wszyscy byli szczęśliwi i zadowoleni. Tym razem posłużyli się nawet helikopterem, by umknąć trollowi.

– Jeszcze!

– Nie, już koniec! Teraz obejrzę sobie dziennik w telewizji.

– Ale tutaj!

– No, dobrze. Pod warunkiem, że odwrócisz się do ściany i zaraz zaśniesz.

O dziwo, wcale nie trwało to długo. Za każdym razem Sindre rzucał jedynie przez ramię przelotne spojrzenie, by upewnić się, czy Gard na pewno jeszcze siedzi, a potem układał się wygodnie i zasypiał.

Och, jak to wspaniale, że znowu będzie można być panem we własnym domu: palić – Gard właściwie niemal rzucił papierosy – nastawić głośno telewizor i nie zgadywać, co w nim mówią. Zapraszać do domu znajomych…

Może Anitę?

Nie myślał już o niej z takim entuzjazmem. Przestała mu się wydawać pociągająca. Jest seksowna, to prawda, ale chyba za dużo gada i głupawo chichocze.

Prawdopodobnie mimo wszystko zdołałby to wytrzymać. On po prostu musi spotkać się z jakąś dziewczyną, bo żyje jak mnich w celibacie.

Obudził się w środku nocy, gdy poczuł, że ktoś ostrożnie stara się otworzyć mu powieki. Ktoś, wstrzymując oddech, oddychał blisko niego.

– Co się stało, Sindre?

Gdy chłopiec usłyszał głos Garda, od razu się rozpromienił i bez chwili namysłu wdrapał się na łóżko.

– Wykluczone, nie możesz ze mną spać! Powiedz mi, co się stało?

– Troll!

Pięknie! Wpadł w dołek, który sam wykopał!

– No, dobrze, połóż się od ściany!

Zapalił nocną lampkę i przygotował miejsce dla chłopca. To ciekawe, ale do tej pory mały nie reagował w ten sposób na postać trolla z wieczornej bajki. Tego wieczoru zaś przytulił się do swego opiekuna tak mocno, jak tylko potrafił.

Mörkmoen, zgasiwszy światło, sam śmiał się z siebie w duchu, że oto leży na samym brzegu własnego łóżka, z twarzą wtuloną w jakiegoś wyleniałego pluszowego kota, przyciśnięty do spoconego ciałka dziecka, które na dodatek bezustannie wierzga, ściągając kołdrę z nich obu.

– Leż spokojnie, Sindre! I posuń się trochę, bo zaraz spadnę na podłogę.

Chłopiec zrobił mu miejsce. Nie chciał jednak zasnąć. Z lekkim ociąganiem spytał wreszcie:

– Czy tamten mężczyzna… czy on był trollem?

– Jaki mężczyzna?

– No, wiesz, ten, który wyszedł z wody. I powiedział, że zabierze Sindrego. I Tessi. Jeśli tylko go wydam.

Gard zastanowił się przez chwilę.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Chyba coś ci się przyśniło. Masz na myśli tego płetwonurka?

– Płetwonurka?

– No, tak, przedwczoraj. To byłem ja, Sindre, zawsze kiedy nurkuję, muszę ubierać się w taki strój.

– Nieee – powiedział powoli chłopiec. – To byłeś ty?

– Tak.

– Przestraszyłem się. Myślałem, że to ten zły mężczyzna, no, wiesz…

– Nie, nie wiem, o kim mówisz. Co za zły mężczyzna?

Sindre obrócił się i oparł głowę na dłoni. Wbił wzrok w twarz Garda.

– No, zły mężczyzna.

– Z telewizji?

– Nie. Spotkałem go na drodze. W lesie.

Gard westchnął.

– To wszystko tylko ci się przyśniło, Sindre. Nie spotyka się płetwonurków na drodze. A już na pewno nie w lesie.

Mały zamilkł. Znowu ułożył się wygodnie na ramieniu Garda.

Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Wreszcie dał się słyszeć cichutki spokojny szept:

– Mój tata!

Gard zdławił w sobie odruch gwałtownego protestu. Już po chwili równomierny oddech zdradził, że chłopiec zasnął. On zaś wiercił się i przewracał, próbując odzyskać skradzioną mu poduszkę, wypluwał włoski z kota, aż wreszcie, po długich zmaganiach, zasnął, balansując na skraju łóżka.

Mörkmoen wcale się nie spieszył z pożegnaniem, zostawiając chłopca w rodzinnym domu dziecka. Nie wyszedł z niego tak długo, dopóki nie stwierdził, że Sindre trochę się ożywił i zaprzyjaźnił z dwoma innymi chłopcami, na szczęście młodszymi od niego. Jeśli zatem ktoś w tej grupie miał grać rolę terrorysty, to na pewno mógłby nim być tylko Sindre. A to nie leżało w jego naturze.

Plącząc się, Gard wyjaśniał, że musi teraz wybrać się w długą służbową podróż, z której nie wróci prędko. W pierwszej chwili słowa te zabrzmiały bardzo ostro. Mały nie miał odwagi spuścić oka ze swego opiekuna nawet na minutkę, lecz już po chwili ciekawość dziecka podpowiedziała mu, że trzeba zajrzeć do wypełnionej po brzegi skrzyni z zabawkami. I nagle, gdy chłopiec był zajęty samochodzikami i zabawą z dziećmi, Gard powiedział „do widzenia” i zniknął.

Jestem wolny! Wolny! śpiewało w nim wszystko, gdy jechał swym czerwonym autem na północ.

W lusterku zobaczył dziecięcy fotelik. Poczuł skurcz w żołądku. Na pierwszym parkingu przy drodze zatrzymał się i schował go do bagażnika. Po czym ruszył pędem dalej.

Epoka Sindrego dobiegła końca.

ROZDZIAŁ XI

Mali otrzymała informację, że Sindre czuje się coraz lepiej w rodzinnym domu dziecka. Tylko przez cały czas opowiada o „samochodzie taty” i o tym, czego to tata nie potrafi, a także o wszystkim, co będą robić razem, kiedy tata wróci.

No cóż, czas leczy nawet najgłębsze rany, pomyślała matka. Mały niebawem zapomni Garda Mörkmoena, z którym przecież przebywał zaledwie trzy czy cztery dni.

Ona sama zapomniała go zupełnie. Prawie zupełnie. Od czasu do czasu przypominał jej się jak przez mgłę jego zniewalający uśmiech, pełne wyrzutu oczy lub męski, głęboki głos. Wtedy od razu starała się zająć myśli czymś innym.

Gard jeździł z jednej miejscowości do drugiej, wykonując karkołomne zlecenia, i nierzadko przemykało mu przez głowę, że już niedługo znowu zawita do miasta, w którym mieszka Anita. Ale myśl ta wcale go nie podniecała. Zamierzał spędzić z nią wieczór, tylko wieczór, i ani chwili dłużej.

Przechadzał się ulicami Trondheim. Nagle zatrzymał się przed witryną sklepu z zabawkami, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.

Już nie pierwszy raz podczas tej podróży zdarzyło mu się coś takiego. A przecież do tej pory nigdy nie interesował się zabawkami!

Może taki helikopter… Lepiej nie, tylko zajmuje miejsce. A tamte samochodziki? Małe autka w różnych odmianach. Samochód to byłby chyba strzał w dziesiątkę!

Co za niedorzeczność! Gard Mörkmoen szybko ruszył dalej przed siebie.

Po paru minutach zwolnił kroku i zaczął krążyć w okolicy sklepu, aż wreszcie znowu znalazł się przed wystawą z zabawkami.

Nim zrozumiał, jak to się stało, znajdował się już w środku przed półką z samochodami. Wybierał i przebierał.

Aż wreszcie zobaczył ten najwspanialszy! Stał na innej półce, był duży i zgrabny, na dodatek czerwony. Do złudzenia przypominał jego własne auto.

Kupił go bez wahania. Z uśmiechem na ustach wyszedł na ulicę, dumnie niosąc w rękach pudło zawinięte w kolorowy papier.

Ale przecież nie mógł posłać tylko samochodu. W innym sklepie znalazł bombonierkę najlepszej firmy. Miał nadzieję, że pacjentom po takiej operacji wolno jeść czekoladę. Od ostatniego spotkania minęło już osiem czy dziesięć dni. Te wszystkie okropne przewody zostały już chyba odłączone?

Zapakował starannie oba prezenty w jedną paczkę i wysłał je do szpitala, dołączając życzenia szybkiego powrotu do zdrowia.

Następnie, spokojny i radosny jak nigdy dotąd, wybrał się samotnie do kina w mieście Trondheim.

Wizyta w ogromnej firmie, w której pracowała Anita, przebiegła trochę inaczej, niż Gard sobie wyobrażał.

To prawda, że widok tej dziewczyny cieszył oczy. Była rzeczywiście perfekcyjnym dziełem natury. Jednakże Gard nie zdobył się na to, by wspomnieć choćby jednym słowem o wspólnym spotkaniu, po prostu nie przeszło mu to przez gardło. Inicjatywę przejęła zatem ona.

– Za dwa tygodnie wybieram się do miasta – rzuciła jakby od niechcenia, gdy on zamierzał już wyjść, nie proponując niczego. Anita miała na myśli rodzinne miasto Mörkmoena. – Chciałabym pogrzać się trochę na słońcu i popływać. U was jest taka piękna plaża. Może i pan się wybierze?

Powiedziała to tak obojętnym tonem, jakby jego odpowiedź nie miała dla niej najmniejszego znaczenia.

Gard poczuł się nagle nieswojo. Wzruszył lekko ramionami.

– Chętnie. Też planowałem pojechać na plażę, i w tę, i w następną niedzielę. Może się więc spotkamy.

Jeśli nawet Anita była zawiedziona, że nie umówił się z nią konkretnie, to mimo wszystko nie okazała tego.

Nie przywykła prosić mężczyzn o cokolwiek.

Z uczuciem ulgi Gard opuścił wreszcie firmę.

Kiedy znalazł się już we własnym mieszkaniu, odczekał jeden dzień i zadzwonił tam, gdzie pozostawił Sindrego.

Okazało się, że chłopcu pozwolono wrócić do mamy. Byli już oboje we własnym domu i wszystko ułożyło się wspaniale. Czy dostał samochód? O tak, dostał, cenniejszego skarbu nie ma chyba żadne dziecko! Nawet kot stracił na znaczeniu i gdyby nie to, że w dotyku jest mimo wszystko milszy od auta, być może przestałby także być przytulanką do snu.

Mężczyzna zrozumiał, że popełnił gruby błąd. Bo Sindre, zamiast zapomnieć swego „tatę”, dostał w prezencie coś, co mu go żywo przypominało.

Mimo to ucieszył się trochę, choć nadal tłumił w sobie to uczucie.

Lato stawało się coraz bardziej upalne. Pierwszej niedzieli Gard wybrał się na plażę sam. Siedział na piasku i przyglądając się dzieciom baraszkującym tuż nad wodą, popadł w zadumę. Minął następny tydzień wypełniony pracą i oto nadeszła kolejna niedziela, podczas której Mörkmoen zrobił coś najgłupszego pod słońcem: zadzwonił do drzwi Mali Vold.

Otworzyła mu ona sama. Bladą twarz rozświetlił nieznaczny uśmiech. Ta kobieta ma naprawdę wiele uroku, stwierdził zaskoczony.

– Cześć! – rzucił na powitanie. – Wybieram się właśnie nad wodę, żeby popływać, i pomyślałem sobie, że może Sindre miałby ochotę pojechać ze mną. Czy jest w domu?

Ciche człapanie małych stóp wystarczyło mu za odpowiedź. Chłopiec pojawił się w ciasnym przedpokoju.

– Tata! – wykrzyknął, a Gardowi znowu zrobiło się miękko w kolanach. Malec, porażony radością ze spotkania, popłakał się ze szczęścia. Mężczyzna wziął go na ręce.

– Musisz zapamiętać sobie jedną rzecz, młody człowieku! – powiedział, patrząc w rozpromienioną twarz chłopca. – Ja nie jestem twoim tatą, tylko bardzo dobrym przyjacielem.

Chłopiec, zmarszczywszy brwi, spojrzał na niego w skupieniu. Próbując wytrzeć sobie oczy i nos, pozostawił na małej twarzyczce ślady po brudnych palcach.

Mali pospieszyła wyjaśnić:

– Mówiłam mu już ze sto razy, ale on po prostu w to nie wierzy. Proszę wejść, to miło, że pan przyszedł! Dziękuję za wyśmienite czekoladki.

Sindre zeskoczył na podłogę i od razu pobiegł po swój samochodzik.