Obok matki stał odwrócony plecami do Tovy wysoki mnich z pokornie pochyloną głową.

Matka dostrzegła córkę i trochę rozgniewana jej nieposłuszeństwem, zawołała ją do środka. Ale nie łajała jej przy gościu.

– Chodzi o poświęcenie pól należących do kościoła – wyjaśniła. – Ksiądz był bardzo zadowolony z twojego udziału w procesji. Przysłał mnicha, żeby przyprowadził cię do doliny. Uroczystości nie potrwają długo, nim zapadnie wieczór, wrócisz do domu. Ale oczywiście nie możesz iść sama, zdecydowałam, że pójdę z tobą.

Mnich podniósł głowę, ale jego twarz pozostała przysłonięta kapturem.

– To niemożliwe – powiedział. – Zgodnie z nakazem duchownego wstęp na kościelne pola mają dziś wyłącznie osoby czyste i niewinne.

– W takim razie poślę którąś ze służących.

– Cóż można wiedzieć o służących? – rzucił mnich nieoczekiwanie ostrym tonem, ale zaraz dodał łagodniej: – Proszę się nie obawiać, łaskawa pani, pod moją opieką pani córka będzie całkowicie bezpieczna. Zatroszczę się, by wróciła do domu cała i zdrowa przed zachodem słońca.

Tova popatrzyła na jego szerokie barki, rysujące się pod zarzuconą na habit peleryną, i poczuła mrowienie w całym ciele. Głos mnicha wywoływał w niej dziwne wibracje.

Nagle znowu wróciła nieznośna myśl, prześladująca ją od dawna: „Co też zakonnicy noszą pod habitem?” i z trudem powstrzymała się od śmiechu.

Matka, dumna z zaszczytu, jaki przypadł jej córce, ale zdenerwowana tym, że musi sama podjąć decyzję, w końcu niechętnie wyraziła zgodę, by córka poszła z mnichem sama.

– Idź szybko do swojego pokoju i załóż odświętną suknię, ale nie wkładaj żadnych ozdób! I rozpuść włosy. Najlepiej ubierz się tak samo, jak ostatnio. Nie zapomnij o pelerynie! Dziś jest chłodno.

Tova pomknęła jak strzała do swego pokoju. W gorączkowym pośpiechu przebrała się w odświętną suknię.

Chociaż uczestnictwo w nabożeństwach nie wydawało jej się znów takie fascynujące, jednak stanowiło urozmaicenie w dość jednostajnym życiu, jakie wiodła we dworze. Tova lubiła chodzić do wsi, mijać po drodze pola i zagrody sąsiadów, patrzeć na rzekę płynącą przez dolinę.

A to dopiero! pomyślała nie bez złośliwej satysfakcji. Ta zarozumiała dewotka Sigrid nie znalazła łaski w oczach duchownego!

Kiedy Tova wyszła na dziedziniec, przebrany za zakonnika Ravn wielce się zadziwił, gdyż dopiero teraz dokładnie przyjrzał się córce rycerza Gudmunda. Przecież to nie jest dziecko, pomyślał zaskoczony, to dorosła już prawie panna o promiennej urodzie, pąk najpiękniejszego kwiecia, który wnet zacznie rozkwitać. Jasne włosy dziewczyny lśniły w promieniach słońca, cera wydawała się tak delikatna jak płatki róży, a spojrzenie pięknych, dużych oczu wyrażało coś więcej aniżeli tylko naiwność. Ale co? Ciekawość? Apetyt na życie? A może mądrość, choć to przecież niemożliwe u kobiety. I poczucie humoru, choć akurat na ten temat Ravn niewiele wiedział, gdyż w swym życiu nie spotykał wesołych ludzi.

Zorientował się, że wpatruje się nieprzyzwoicie długo w dziewczynę, i pośpiesznie spuścił wzrok. Odwrócił się na pięcie i dał znak Tovie, by podążyła za nim.

Nie mógł jednak opanować wzburzenia. Dlaczego nikt go nie uprzedził, że dziewczyna jest już prawie dorosła? Może Grjot ani Fredrik nie zdawali sobie z tego sprawy?

W milczeniu szli drogą w dół i skręcili w dukt prowadzący do doliny. Zniknął im z oczu dwór rycerza i zagrody położone w górach.

Tova posuwała się kilka kroków za mnichem, który stawiał zdecydowane, a przy tym pośpieszne i niecierpliwe kroki. Bez trudu jednak za nim nadążała. Dziwiła się tylko, patrząc na jego stopy. Zawsze sądziła, że zakonnicy chodzą w sandałach, nie w ciężkich butach ze skóry.

W lesie było pięknie, podszycie bieliło się od przebiśniegów, ale on parł przed siebie, jakby tego nie zauważając. Dziewczynę ekscytowała świadomość, że idzie oto leśną drogą razem z mężczyzną. Oczywiście szkoda, że ten mężczyzna jest mnichem, choć mnich mnichowi nierówny, pomyślała rozbawiona, przypomniawszy sobie twarz, która mignęła pod kapturem. Nie zdążyła się wprawdzie przyjrzeć dokładnie, ale wydała jej się wyjątkowo urodziwa. Znacznie bardziej pociągająca niż twarze mężczyzn z najbliższego otoczenia. Lodowate oczy zalśniły jakimś takim osobliwym blaskiem. Zęby błysnęły bielą, gdy wykrzywił usta w gniewnym grymasie. Poza tym ten jego niezwykły głos, daleki od pokory, wprawiał w wibracje każdy nerw jej ciała…

Nagle mnich zboczył z drogi i zachrypniętym głosem nakazał jej, by podążyła za nim.

– Ale ta droga prowadzi do letnich zagród w górach – powiedziała dziewczyna zdezorientowana.

– Musimy zabrać coś po drodze – odburknął nieuprzejmie. – To niedaleko.

– Czy moja mama wie o tym? – zapytała Tova, marszcząc brwi.

– To ona mnie o to prosiła.

Tova nie odezwała się więcej i posłusznie ruszyła za zakonnikiem, choć jego słowa nie uciszyły wątpliwości, jakie zakradły się do jej duszy.

Po dłuższej chwili skręcił na zachód.

– Nie tędy – zaprotestowała dziewczyna.

– Wiem, co robię! – warknął.

Teraz już zupełnie nie przypominał pokornego mnicha. Tova zorientowała się, że zamiast na wschód do wsi kierują się na zachód w stronę morza. Wyszli na drogę u stóp szczytu Skarvannfjell i ich oczom ukazał się rozległy widok na okolicę. W dole zalśniły dachy chat należących do rycerskiego dworu.

– Z tej strony nie ma żadnych letnich zagród – odezwała się Tova lekko drżącym głosem.

– Chodźże wreszcie, nie dowierzasz pobożnemu mnichowi? – rzucił szyderczo.

Gdy przedostali się na drugą stronę pasma gór i domostwa zniknęły im z oczu, dziewczyna straciła resztki odwagi. Dławiący strach chwycił ją za gardło. Okolica wydała jej się obca i jakby wymarła.

Pośpiesznie przeszli przez stary las brzozowy, a gdy zostawili z tyłu rozległe torfowiska, Tova całkiem straciła orientację w terenie.

Dziewczyna należała do osób pogodnych i ufnych. Nie lubiła ranić innych, ponieważ sama była bardzo wrażliwa i byle co potrafiło ją dotknąć. Kiedy ktoś się na nią gniewał, cierpiała. Teraz jednak uznała, że już zbyt długo podporządkowuje się woli mnicha, i zatrzymała się gwałtownie.

– Wracam do domu! – oświadczyła stanowczo, sama zaskoczona, że zdobyła się na taką odwagę.

Zakonnik odwrócił się i utkwiwszy w niej zimne jak metal spojrzenie, podszedł bliżej.

– Nie sądzę – rzekł z lodowatym uśmiechem. – Grzecznie pójdziesz za mną.

– Nie jesteś wcale mnichem! – krzyknęła z nagłą pewnością.

Roześmiał się złowrogo, ale dziewczynę mimo to urzekła jego piękna, choć dzika twarz.

– To prawda, nie jestem.

Tova rzuciła się do ucieczki, ale przebiegła zaledwie kilka kroków, gdy dłoń mężczyzny zacisnęła się w żelaznym uścisku na jej ramieniu.

– Czego ode mnie chcesz? – krzyknęła.

– Jeśli przypuszczasz, że chcę cię zgwałcić, to pewnie cię rozczaruję. Nie będzie aż tak miło. Otrzymałem rozkaz, by przyprowadzić cię do mojego pana.

– Pana? A więc jesteś tylko zwykłym sługą?

– No, no, miej się na baczności! – ostrzegł ją. – Nie jestem prostakiem, w moich żyłach płynie królewska krew. Daleko ci do mnie!

– Nie ma się czym chwalić, na świecie roi się od potomków dziewek, z którymi baraszkowali wikińscy władcy. Kim jest pan, który ma tak znamienitego sługę?

– Nie jestem sługą, a moja matka nie była nałożnicą żadnego wikińskiego władcy! – wysyczał. – Jestem najlepszym wojownikiem pana Grjota i właśnie do niego cię prowadzę.

– Do pana Grjota – powtórzyła zdumiona. – Słyszałam to imię, ale nie wywołuje we mnie zbyt miłych skojarzeń. Czegóż on może ode mnie chcieć?

– Nic – zarechotał. – Zupełnie nic. Mam rozkaz, by włos ci nie spadł z głowy.

– W takim razie puść mnie! – rzekła drżącym głosem, ale w jej oczach zalśniły figlarne błyski. – Bo cała będę posiniaczona.

Nie puścił dziewczyny, choć jego uścisk nieco zelżał.

– Muszę cię trzymać, bo inaczej znów zaczniesz uciekać – mruknął.

– Oczywiście – odpowiedziała, usiłując ukryć strach. – A biegam dość szybko.

Na te słowa zareagował serdecznym śmiechem.

– Nie sądzę, że uda ci się ode mnie uciec, ale próbuj, to może być nawet zabawne…

Zamilkł, jakby na moment zapomniał, o czym rozmawiali, i zatrzymał wzrok na obcisłym staniku sukni, piersiach, które świadczyły o tym, że dziewczyna przemienia się w dojrzałą kobietę, powiódł spojrzeniem po szczupłej talii, łagodnie zaokrąglonych biodrach.

– Ile właściwie masz lat? – zapytał z agresją w głosie.

– Siedemnaście. Po świętym Olafie skończę osiemnaście.

– Przeklęty Fredrik! Przeklęty Grjot! – wymamrotał. – Mówili, że to dziecko, które w razie czego będę mógł wziąć na ręce. Czy nie potrafią liczyć lat? Co mam z tobą zrobić? Związać cię?

Tova nie przejęła się bynajmniej kłopotliwą sytuacją, w jakiej się znalazł fałszywy mnich. Miała własne zmartwienia.

– Jeśli pan Grjot nie chce mnie skrzywdzić, to dlaczego ucieka się do tak ohydnego podstępu? Czy nie mógł przyjść z podniesionym czołem do mego ojca i uczciwie przedłożyć sprawę? Dlaczego kazał mnie uprowadzić? Czy mam być zakładnikiem?

Tego właśnie się Ravn obawiał. Ta dziewczyna nie była w ciemię bita!

– Możliwe – odburknął.

– Dlaczego? I kim właściwie jest ten pan Grjot?

Nie pojmował, że ktoś może nie znać pana Grjota.

– Na pewno go kiedyś spotkałaś. Mieszka we dworze Grindom nad fiordem.

– A, to ten głupiec – stwierdziła Tova bez odrobiny szacunku, a jej oczy w zamyśleniu spoglądały na zmarznięte krzewinki moroszek rosnące nieopodal. Nie zauważyła, że mężczyzna podniósł dłoń, by ją uderzyć, ale natychmiast się pohamował. – Ten, który chciałby zagarnąć ziemie należące do mojego ojca – dodała.

– Te ziemie kiedyś były własnością Grjota – przypomniał dziewczynie.

– Tak, przed sześciuset laty! Jakie to ma dzisiaj znaczenie?

Może ma rację? pomyślał, ale przecież ślubował wierność swemu panu.

– Jak się nazywasz? – zapytała, nie patrząc w jego stronę.

– Ravn.

– Ile masz lat?

– Nie wiem dokładnie.

Odwróciła głowę i popatrzyła na niego badawczym wzrokiem.

– Nie wiesz? Taki jesteś ograniczony?

Rozgniewał się.

– Straciłem rodziców, nim nauczyłem się mówić. A potem nikt mi nie powiedział…

– Niech się zastanowię – przerwała mu. – Na pewno jesteś już dorosły. Wydajesz mi się dosyć stary – zakończyła krytycznie.

Zarozumiała pannica! Zerwał z głowy mnisi kaptur, spod którego wysypały się bujne kręcone włosy sięgające prawie ramion, czarne jak noc.

Tova poczuła, jak jej ciałem wstrząsa gwałtowny dreszcz.

– Nie, wcale nie jesteś aż taki stary – przyznała. – Zgaduję, że masz około dwudziestu pięciu do trzydziestu lat.

– Na pewno nie trzydzieści – warknął pośpiesznie.

A niech to wszyscy diabli! rozzłościł się w myślach sam na siebie. Stoi tu i przekomarza o takie głupstwa z tą przemądrzałą dziewuchą! Chociaż zarozumiała to ona nie jest. W jej oczach dostrzegł wszak tyle nieśmiałości.

– Chodź już! – warknął gniewnie i pociągnął dziewczynę za ramię. – Nie możemy tu stać przez cały dzień.

– Nie chcę – opierała się. – Idę do domu.

– Nie bądź głupia!

– Dlaczego chcesz mnie wziąć jako zakładnika? Żeby zdobyć ziemie ojca?

– Oczywiście. Chodź już i przestań gadać!

– Nie – prosiła. – Bądź tak miły!

Groźny błysk zapalił się w oczach Ravna.

Włożył rękę za pelerynę i sięgnął nóż z szerokim ostrzem.

– Odłóż ten nóż! – zawołała Tova, siląc się na spokój. – Sam powiedziałeś, że nie wolno ci mnie skrzywdzić.

Ravn przeklął w duchu swe gadulstwo. Nie mógł jej teraz nastraszyć, by wymusić posłuszeństwo. Widział jednak, że dziewczyna mimo to się bała i że nie przywykła stawiać oporu. To była dobrze wychowana, miła dziewczyna. Delikatna i z natury przyjazna. Jeszcze ją upokorzę! pomyślał ze złością.

– W takim razie zwiążę cię – powiedział i zaczął luzować rzemień, którym był przewiązany w pasie.

Tova westchnęła głęboko.

– Nie, proszę nie wiąż mnie! Nie zniosę takiego upokorzenia, zresztą to boli. Pójdę z tobą.

Ale jeśli tylko nadarzy się okazja, ucieknę, dodała w myślach. Nawet na minutę nie będziesz mógł mnie spuścić z oczu. Możesz być pewien, że nie ułatwię ci zadania.

ROZDZIAŁ II

Rozległy płaskowyż trwał pogrążony w ciszy. W oddali bieliły się północne stoki ciągle jeszcze pokryte śniegiem, nad torfowiskami unosiły się siwe opary mgły.

Wysoko nad głowami dwojga młodych ludzi przeminęła dzika gęś.

– No i co? Dlaczego teraz nie uciekasz? – Ravn popatrzył na dziewczynę z wrogością.

– Bo nie chcę, żebyś mnie dotykał swoimi brudnymi łapami!

Kłamała, kłamała przed samą sobą! Już sama myśl, że mógłby położyć dłoń na jej ciele, wywołała w niej dreszcz podniecenia, do twarzy napłynęła fala gorąca.